Patrzy na rynek z perspektywy prawa i praktyki biznesowej. W klinikach medycznych i salonach kosmetycznych pełni rolę swoistego „systemu wczesnego ostrzegania” – wychwytuje błędy organizacyjne i niedopatrzenia w dokumentacji, zanim przerodzą się w realne problemy dla biznesu. Konkretna, ale nie bezwzględna. Zdeterminowana, ale nie tracąca z oczu szerszej perspektywy. Z przekonaniem, że jest dokładnie tam, gdzie powinna być. Bohaterką rozmowy jest Daria Mięczewska, prawniczka branży medycznej i beauty, kobieta przedsiębiorcza, zauważona i doceniona już na wczesnym etapie działalności.
Daria Mięczewska: To była mieszanka jednego i drugiego – ale zaczęło się od serca, czyli jak zawsze w moim przypadku 😉. Zawsze ciągnęło mnie do branży, która pracuje na człowieku, jego zdrowiu, ale też empatii, możliwości pomagania i jednoczesnym poczuciu spełnienia.
Rozsądek przyszedł chwilę później – kiedy zobaczyłam, jak ogromne są tam braki w zakresie bezpieczeństwa prawnego. Zrozumiałam, że mogę realnie wpływać na jakość tej branży, chronić zarówno pacjentów/klientów, jak i specjalistów. I wtedy wiedziałam, że to nie jest przypadek – tylko bardzo konkretna ścieżka, która okazała się również niszą.
Tak – i to nie był spektakularny przypadek z mediów, tylko historia „z życia”. Pacjentka po zabiegu, brak rzetelnej zgody, brak dokumentacji, ogromne emocje po obu stronach. To był moment, w którym zobaczyłam, że w tej branży problemem nie są tylko powikłania – ale chaos i brak zabezpieczenia. Od tamtej pory każdy case traktuję nie tylko jako sprawę, ale jako lekcję – co jeszcze można zrobić lepiej, żeby ktoś inny nie musiał przez to przechodzić. I najważniejsza dewiza, która mi zawsze towarzyszy, że po drugiej stronie zawsze stoi człowiek i nie należy o tym zapominać.
Nie, ale może stworzyć pozory bezpieczeństwa. Dokumentacja w branży med&beauty nie może być „uniwersalna”, bo zabiegi, procedury, zakres kompetencji i model biznesowy są różne. AI ani gotowy wzór nie znają realiów konkretnej kliniki – nie wiedzą, jak wygląda proces obsługi pacjenta, jakie są używane urządzenia, jakie są ryzyka. A w tej branży to właśnie detale decydują o tym, czy dokument chroni… czy obciąża.
Najczęściej widzę trzy rzeczy: brak świadomości, brak dokumentacji lub jej spójności – każda zgoda „z innej bajki”, brak ścieżek działania przy powikłaniach i reklamacjach. Czyli wszystko to, co powinno działać jak system – a działa jak zbiór przypadkowych plików.
To bardzo rzadko jest zła wola. Najczęściej to brak świadomości skali ryzyka, skupienie na rozwoju i sprzedaży, przekonanie, że „jakoś to będzie” albo „mnie to nie dotyczy”. Problem w tym, że prawo w tej branży nie działa „na później”. Ono działa dokładnie w momencie kryzysu – i wtedy jest już za późno na poprawki.
To jest przede wszystkim uporządkowanie rzeczywistości, która i tak już istniała. Dla gabinetów oznacza to konieczność: przemyślenia oferty, zmiany komunikacji marketingowej, dostosowania dokumentacji i procedur. To nie jest „koniec branży” – to jest moment, w którym branża musi sobie to wszystko uporządkować.
Tak – i to z dwóch powodów: Po pierwsze, rośnie świadomość klientów – edukując specjalistów, edukujemy również potencjalnych klientów. Po drugie, powoli jasne stanowiska regulatorów porządkują argumentację w sporach. Jeżeli zabieg zostaje uznany za świadczenie zdrowotne, to zmienia się też punkt odniesienia – oczekiwania wobec standardu wykonania i odpowiedzialności. Dlatego tak ważne jest, żeby dokumentacja i procesy były na poziomie – bo one często decydują o wyniku sprawy.
Bardzo dobrze – i co ważniejsze, bardzo szczerze. Dostałyśmy dużo sygnałów, że dla wielu linergistek to był pierwszy moment, kiedy ktoś w prosty sposób pokazał im, jakie mają obowiązki i ryzyka. Dostały gotowe przykłady trudnych sytuacji i jednocześnie ich rozwiązania. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że rynek naprawdę chce działać dobrze – tylko często nie ma narzędzi i wiedzy.
Wyobrażałam sobie miejsce, które będzie uporządkowane, bezpieczne i świadome. Bez chaosu, bez „robienia na skróty”. Rzeczywistość? Bardziej wymagająca niż wizja. Bo DEAMED to nie jest tylko klinika. To miejsce, w którym każdy proces – od pierwszego kontaktu po dokumentację – ma sens i jest przemyślany.
Konsekwencja. Odwaga do mówienia rzeczy, które nie zawsze są wygodne. Otwartość na ludzi i nowe projekty. Plus jedna rzecz, która dla mnie jest kluczowa – ja naprawdę wierzę w to, co robię. A ludzie to czują.
Odpowiedzialność, której nie widać na zewnątrz. Decyzje, które trzeba podejmować szybko, często w trudnych sytuacjach. Ogrom presji wynikającej z zobowiązań. Bycie pod telefonem 24h. Wewnętrzne spory, że mogłabym robić więcej i być jeszcze dalej w swoim życiu. Nie mówi się też głośno o zmęczeniu – takim, które nie wynika zawsze z ilości pracy, tylko z jej ciężaru.
Paradoksalnie – zatrzymanie. Czas z bliskimi, podróże, oderwanie się od telefonu, czasami zwykłe „nic nierobienie”. Ale też powrót do rzeczy, które mnie uziemiają i przypominają, że życie to nie tylko biznes. Moment, w którym siadasz i zdajesz sobie sprawę jak wiele w życiu masz: zdrowie, rodzinę, dach nad głową, przyjaciół na których możesz polegać – w dzisiejszych czasach to najcenniejsza waluta.
Czuję i bardzo je doceniam ze strony kobiet, którymi się otaczam. Ale jednocześnie widzę, że jest jeszcze przestrzeń na więcej autentyczności i mniej rywalizacji. Bo kiedy kobiety naprawdę się wspierają – bez porównywania, bez napięcia – powstają rzeczy, które mają dużo większą wartość niż pojedyncze sukcesy.