Po latach pracy pod szyldem FOORMA, Dorota Pilor-Jakulewicz postawiła na rozwój własnej marki osobistej. Dziś specjalizuje się w projektowaniu ekskluzywnych wnętrz, które zachwycają elegancją, funkcjonalnością i wyrafinowaną harmonią. Jej sposób zarządzania karierą i życiem prywatnym intryguje, a jednocześnie inspiruje do świadomych wyborów. Poznaj historię oraz wizję architektki wnętrz z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem w branży – kobiety, która redefiniuje pojęcie sukcesu!
Dorota Pilor-Jakulewicz: Postanowiłam przejść na markę osobistą, ponieważ zależało mi na rozpoznawalności mojej osoby, a nie tylko samej nazwy. Chciałam być kobietą w biznesie, a nie anonimową nazwą firmy. Długo się tego obawiałam – zastanawiałam się, czy klienci się nie pogubią, czy nadal będą do mnie trafiać. Jednak po tej zmianie widzę, że to była dobra decyzja. Mam wrażenie, że mój Instagram nabrał nowej energii, a ja stałam się jeszcze bardziej rozpoznawalna. Ta zmiana pozwoliła mi budować swoją markę w pełni autentycznie – pod własnym imieniem i nazwiskiem.
Kiedyś byłam dziewczynką z małego miasta, która nie wierzyła w siebie. Nawet przyszłość wyobrażałam sobie dość skromnie – myślałam, że super będzie, jeśli znajdę pracę w Biedronce czy innym sklepie. W domu nie było kolorowo, więc i moje myśli nie były pełne barw.
Po studiach zarabiałam 35 zł/m² – gdy przeliczyłam to na godziny pracy, wychodziło niecałe 4-5 zł za godzinę. Nadal nie wierzyłam w siebie i myślałam, że to szczyt moich możliwości. Na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy wierzyli we mnie bardziej niż ja sama. Mówili: „Dorota, podnieś cenę, bo robisz świetne projekty”. I tak, krok po kroku, zaczęłam się rozwijać – uczyłam się współpracy z klientami, stopniowo podnosiłam ceny i budowałam swoją markę.
Dziś tworzę wnętrza ekskluzywne, ale nie w sensie przepychu i złota. Ekskluzywność to dla mnie komfort, wygoda i wysokiej jakości materiały, które sprawiają, że moi klienci czują się dobrze we własnych domach. Czasem wciąż nie dowierzam, jaką drogę przeszłam, ale wiem jedno – warto było walczyć o siebie.
Kiedyś chciałam iść na psychologię, dlatego na maturze zdawałam rozszerzoną biologię i chemię. Po czasie okazało się, że poniekąd tym psychologiem i tak muszę być – jako architekt wnętrz. Bardzo często staram się „zaglądać” do myśli klienta, zwłaszcza gdy ten się gubi, nie wie, czego chce, albo nie ma pojęcia, jak złożyć swoje pomysły w całość… i jeszcze przekonać męża, że podobają mu się te droższe rozwiązania. Zatem w grę wchodzą mediacje, intuicja i odrobina psychologii.
Nie raz zdarza się, że klienci nie mają konkretnej wizji – tylko fragmenty, które trzeba ułożyć w spójną całość. Projektuję od dziesięciu lat i ciągle się tego uczę, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że może tylko kilka razy nie trafiłam w gust klienta. Poza tym wiem, że moje wnętrza odpowiadają na potrzeby inwestorów i finalnie im się spodobają.
Im dłużej prowadzę biuro i im większe mam konto na Instagramie, tym bardziej zauważam, że – choć to przykre – żyjemy w czasach, gdzie o profesjonalizmie świadczy też klikalność. Klienci widząc rozpoznawalność, czują, że trafili w dobre ręce i łatwiej mi ufają. A może to po prostu kwestia tego, że się starzeję i poważnieje mi twarz? 😉
Klient nie płaci tylko za projekt – płaci przede wszystkim za poczucie bezpieczeństwa, że ma obok siebie kogoś, kto się na tym zna i poprowadzi go przez cały proces. Dlatego zawsze staram się być dostępna, odpisywać, rozmawiać i edukować. Tak samo prowadzę swoje media społecznościowe – dzielę się wiedzą, pokazuję kulisy pracy i tłumaczę zawiłości wykańczania wnętrz. To wszystko buduje dodatkowe zaufanie.
W swojej pracy wypracowałam też system analizy klienta. Podczas spotkania wspólnie odpowiadamy na skrupulatnie ułożone 160 pytań, które pomagają mi zrozumieć jego potrzeby, styl życia i oczekiwania. Dzięki temu tworzę projekt idealnie dopasowany do niego, a nie przypadkową aranżację „z katalogu”.
Podsumowując – za sukcesem moich projektów stoi trochę intuicji, psychologii, umiejętność słuchania, system analizy klienta, profesjonalizm i oczywiście… social media.
Dzięki mojej intuicji już na wczesnym etapie potrafię wyczuć, czy mam do czynienia z trudnym klientem – na przykład osobą roszczeniową lub kimś, kto myśli, że „kupuje” mnie jako niewolnika, a nie moją usługę. Niestety, coraz częściej zdarzają się takie przypadki – kiedyś ludzie bardziej liczyli się z czyimiś uczuciami i traktowali współpracę partnersko.
Pierwsze symptomy widać już w sposobie pisania maili czy rozmowie telefonicznej – można wtedy wyczuć, czy ktoś traktuje Cię z góry. Kolejnym sygnałem jest spotkanie na żywo – sposób poruszania się, cała mowa niewerbalna. Są osoby, które już samym wzrokiem próbują „ustawić” Cię w hierarchii. W takich sytuacjach po prostu się wycofuję – na szczęście mam taką możliwość i grzecznie odmawiam współpracy.
Zdarzyły się też sytuacje, gdzie na początku wszystko wyglądało pięknie, ale im bliżej do płatności, tym więcej pojawiało się wymówek i kombinacji, by uniknąć rozliczenia. Dwie sprawy skończyły się w sądzie, które na szczęście wygraliśmy, ale to już ostateczność. Lepiej zapobiegać takim sytuacjom i nie marnować energii na toksyczne współprace.
Moim celem jest edukowanie i pomaganie ludziom, a nie zachowywanie wiedzy tylko dla siebie. Jestem osobą wysoko wrażliwą i bardzo empatyczną – zawsze staram się spojrzeć na sytuację z perspektywy drugiej osoby i zadać sobie pytanie: „Jak ja bym się czuła na jej miejscu?”. Wtedy odpowiedź przychodzi sama. Jeśli mogę komuś pomóc, to dlaczego miałabym tego nie zrobić? Wierzę, że to, co dajesz innym, wraca do Ciebie.
Oczywiście mówimy tutaj o płatnych konsultacjach, bo niestety niektórzy nadużywają mojej otwartości. Zdarza się, że dostaję w niedzielę długie elaboraty na DM z prośbą o natychmiastową i darmową pomoc w projektowaniu wnętrz. Ale gdy zapraszam takie osoby na konsultację online – temat nagle cichnie. Ciekawe, prawda? 😉
Nie czuję się osobą wszechwiedzącą. Wnętrza to temat, w którym człowiek uczy się przez całe życie, a błędy zdarzają się każdemu – nawet doświadczonym projektantom. Dlatego zarówno na moim Instagramie, jak i podczas konsultacji, nie tylko odpowiadam na pytania, ale też analizuję problem i tłumaczę, jak znaleźć z niego najlepsze wyjście. Daję gotowe rozwiązania, które pomagają uniknąć kosztownych pomyłek.
Cały czas się uczę, moje social media wciąż raczkują i wszystko robię na tzw. czuja. Czasem czuję się strasznie obciążona tym, że muszę być jednocześnie projektantem, psychologiem, księgową, marketingowcem, reżyserem rolek, filmowcem… a do tego jeszcze zrobić obiad i iść na siłownię. Eh! 😉 Dlatego nie mam czasu śledzić każdej zmiany na Instagramie i analizować, jak w zasadzie te rolki powinny wyglądać. Robię to intuicyjnie, poruszając tematy, które sama chciałabym poznać, gdybym była na etapie remontu mieszkania.
Kiedyś chciałam być bardzo prestiżowa, ekskluzywna, premium. Ubierałam garsonki, starałam się wypowiadać idealnie… ale kogo ja wtedy oszukiwałam – ludzi czy siebie? Postawiłam na coś pomiędzy. Może nie pokazuję rolek, jak buszuję po domu w dresie, ale zależy mi na autentyczności. Mylić się, przekręcać słowa, popełniać błędy – to ludzkie. Dzięki temu po pierwsze jestem sobą, a po drugie – jeszcze chce mi się to robić.
Wiele moich koleżanek ma problem z social mediami, bo dążą do perfekcji… a w efekcie nie wrzucają nic. Moim zdaniem lepsze jest zrobione niż perfekcyjne.
Osobiście nie przepadam za bardzo pstrokatymi wnętrzami, gdzie dzieje się zbyt wiele naraz. Obecnie mamy tendencję do tego, że „wszystkie chwyty są dozwolone” – pojawił się nawet styl nazywany maksymalizmem, który zakłada łączenie różnych wzorów, kolorów i form w często kontrolowanym chaosie. I o ile doceniam artystyczny wyraz i indywidualność takiego podejścia, to osobiście nie odnajduję się w przestrzeniach, które są wizualnie przeładowane i pozbawione spójnej harmonii.
Nie przepadam też za ślepym podążaniem za trendami, bo większość z nich to jedynie wytwory rynku wnętrzarskiego, często napędzane marketingiem. W końcu nikt w Japonii nie słyszał o „Japandi” ;), a mimo to styl ten został nazwany i wypromowany jako nowy nurt w projektowaniu.
Jestem zdania, że żyjemy w czasach ogromnego przebodźcowania – zarówno dorośli, jak i dzieci są stale narażeni na nadmiar informacji, dźwięków i wizualnych bodźców. Dom powinien być zatem miejscem wyciszenia i odpoczynku, a nie kolejnym źródłem chaosu. Wnętrza, które są przesycone różnorodnymi elementami, krzykliwymi barwami i przypadkowymi zestawieniami, mogą nieświadomie potęgować uczucie nerwowości. Dlatego w swojej pracy staram się tworzyć przestrzenie uporządkowane, harmonijne, wypełnione naturalnymi materiałami i przemyślaną kolorystyką. Nie oznacza to, że każde wnętrze musi być minimalistyczne, ale ważne jest, aby miało ono równowagę i spójność, która pozytywnie wpływa na domowników.
Pomysł na stworzenie mojego e-booka “500 polecanych produktów. Sekrety projektantów wnętrz” narodził się z kilku powodów. Po pierwsze, codziennie dostaję kilkanaście wiadomości z pytaniem: „Gdzie kupię?”. Ludzie często nie mają pojęcia, jak wiele fantastycznych, polskich marek istnieje na rynku, nie wspominając o zagranicznych, które wcale nie muszą być drogie, jak się często wydaje. Rozmawiając z przyjaciółmi, zauważyłam, że wiele osób ogranicza swoje zakupy do popularnych sieciówek, takich jak Agata czy Bodzio, nie zdając sobie sprawy z szerokiej oferty wysokiej jakości produktów, które są dostępne w innych sklepach.
Postanowiłam więc stworzyć coś, co pomoże osobom, które z różnych powodów nie mają dostępu do architekta, ale chcą urządzić swoje mieszkania czy domy na wysokim poziomie. E-book stał się narzędziem, które zebrało moje ulubione produkty, z których sama korzystam i wiem, że są sprawdzone pod kątem jakości. W książce znajdą się nie tylko informacje o płytkach, farbach, meblach czy oświetleniu, ale także o szafach, stoliczkach, stołach i wielu innych elementach wyposażenia. Dodałam różne przedziały cenowe, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie – niezależnie od budżetu.
Celem było stworzenie bazy, która pozwala ludziom na samodzielne odkrywanie nowych, sprawdzonych marek i sklepów. Nawet jeśli nie znajdą w moim e-booku dokładnie tego, czego szukają, zyskają ogromną bazę inspiracji i wiedzy o miejscach, które warto poznać. W zasadzie, jak zawsze w mojej pracy, chodzi o dzielenie się wiedzą i pomaganie innym. Chciałam poszerzyć dostęp do wartościowych informacji projektowych i umożliwić każdemu, kto chce, lepsze podejście do aranżacji swojego wnętrza.
Joga to dla mnie coś więcej niż tylko ćwiczenia – to prawdziwa droga do spokoju. Zresztą nie bez powodu zostałam nauczycielem jogi – poczułam, że chcę zgłębić tę wiedzę i dzielić się nią z innymi. Organizuję także wyjazdy dla kobiet, bo zależy mi na tym, by pomagać im odnaleźć spokój w sobie.
Joga daje mi wewnętrzną równowagę, która jest dla mnie absolutnie najważniejsza. Pieniądze i zdrowie są istotne, ale jeśli nie masz spokoju, nie potrafisz żyć tu i teraz. Czasem obserwuję ludzi, którzy mimo chorób potrafią być szczęśliwi, bo odnaleźli harmonię z tym, co mają, a ja w tym dostrzegam prawdziwe szczęście.
Na początku joga to po prostu asany, ćwiczenia, które pomagają poczuć ciało, poczuć, jak się rozciągasz, jak boli stopa – to moment, w którym zatrzymujesz się w „tu i teraz”. Przestajesz błądzić myślami w przyszłości czy przeszłości. Z każdym kolejnym zajęciem, kiedy zaczynasz oswajać tą „małpkę w głowie”, dostrzegasz, jak bardzo zmienia się twoje podejście do życia.
Joga nauczyła mnie, jak być uważną, cieszyć się każdą chwilą, każdą sytuacją. Nawet urlop nie umknie mi między palcami, bo umiem w pełni go przeżyć. To dla mnie droga do równowagi, harmonii i spokoju, których tak bardzo potrzebuję w moim życiu.
Moja praca to narzędzie do realizowania marzeń, ale absolutnie nie jest moim życiem. Lubię to, co robię, bo mnie to pasjonuje, ale nie uważam, że praca powinna mnie definiować. Kiedy ktoś mówi, że jeśli kochasz swoją pracę, to nigdy nie przepracujesz dnia w życiu, to dla mnie totalna bzdura. Praca ma być pracą. To wspaniale, jeśli sprawia przyjemność, ale nie można być jej niewolnikiem. Życie ma zbyt wiele pięknych aspektów do odkrycia, a jeśli tak bardzo kochasz swoją pracę, że nie potrafisz od niej odpocząć, to kiedy masz czas, by zatrzymać się i naprawdę poczuć, czego chcesz od życia?
Poza pracą jestem trochę dziwaczką – w najlepszym sensie. Uwielbiam się wygłupiać, śmiać, żartować – to dla mnie nieodłączna część życia. Nie mam wielu przyjaciół, bo stawiam na jakość relacji, a nie ich liczbę. Kocham tańczyć, ale tak, jakby nie było jutra – intuicyjnie, w transie. I najbardziej na świecie uwielbiam podróżować, odkrywać nowe miejsca. Kilka razy do roku zabieramy plecaki i ruszamy w podróż na 3-4 tygodnie, spędzając czas z lokalnymi ludźmi, podróżując z nimi autobusami, odkrywając, jak różnorodny i piękny jest nasz świat. To dla mnie prawdziwe bogactwo doświadczeń.