Wedding planner organizatorka ślubów i wesel premium w Małopolsce Justyna Zegarlicka
Blog Justyna Zegarlicka: W branży ślubnej „dobrze” to zdecydowanie za mało [WYWIAD]

Justyna Zegarlicka: W branży ślubnej „dobrze” to zdecydowanie za mało [WYWIAD]

Kobieta, która nie boi się wysoko postawionej poprzeczki. Wręcz przeciwnie – traktuje ją jako punkt wyjścia. Łączy analityczne zaplecze z doświadczeniem wyniesionym z miejsc, gdzie liczy się tempo i precyzja. Dziś tworzy śluby, które nie tylko wyglądają jak z Pinteresta, ale i „dowożą” każdy element planu – często z nawiązką. W roli głównej Justyna Zegarlicka, wedding plannerka i bridal concierge, jedno z najważniejszych nazwisk w branży ślubnej.

Justyna Kaczmarczyk: Tworzysz śluby jak z marzeń! Czy zanim zostałaś wedding plannerką i bridal concierage, Twoja wcześniejsza aktywność zawodowa w jakoś sposób przygotowała Cię do tej roli, czy był to całkowity zwrot akcji?

Justyna Zegarlicka: Moja droga do tego miejsca nie była nagłym zwrotem akcji, lecz naturalną ewolucją. Pracę zaczęłam bardzo wcześnie, bo już w wieku 16 lat, co od początku uczyło mnie ogromnej samodzielności i dyscypliny. Przez lata moja aktywność zawodowa koncentrowała się wokół gastronomii oraz eventów, gdzie przeszłam przez dosłownie każdy szczebel kariery. Właśnie to doświadczenie dało mi solidną bazę i praktyczną wiedzę na temat standardów serwisu, logistyki kuchni, win, a także szeroko pojętej pracy operacyjnej i planowania. To kluczowe aspekty, na które moje pary zwracają ogromną uwagę, a ja potrafię zadbać o ich gościnność z poziomu praktyka, a nie tylko teoretyka.

Jednak to tylko jedna strona medalu. Druga, ta bardziej analityczna, wywodzi się z moich studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym oraz doświadczenia w sektorze bankowym. Dzięki temu w pracy jako wedding planner nie opieram się wyłącznie na wizjach artystycznych, ale przede wszystkim na twardych danych i precyzyjnym pilnowaniu budżetów moich Klientów. Nie będę przy tym ukrywać: szybko zrozumiałam, że bankowość po prostu nie daje tylu emocji, co świat eventów!

W Twojej pracy kluczową rolę odgrywa personalizacja. Wchodzisz w świat klientów, by móc odpowiedzieć na ich potrzeby i oczekiwania. Rozumiem, że ustalenia z nimi są świętością, a kompromisy ostatecznością. Czy w zawód wedding plannera wpisane jest dążenie do perfekcji – zawsze i mimo wszystko?

Personalizacja to w moim wydaniu proces niemal psychologiczny. Nie chodzi o to, by po prostu „zrobić ładne wesele”, ale o to, by stworzyć przestrzeń, w której moi klienci poczują się jak u siebie, mimo że uroczystość odbywa się np. w hotelu. To przekładanie ich osobowości na język detali, zapachów i emocji.

Czy dążenie do perfekcji jest wpisane w ten zawód? Uważam, że w segmencie premium, w którym się poruszam, perfekcja to nie ambicja, to obowiązek. To ogromna dawka odpowiedzialności za marzenia ludzi, którzy mi zaufali. Moi klienci są często bardzo wymagający, a ja jestem tam po to, by „dowieźć” wynik, na który się umówiliśmy, bez względu na trudności.

Jednak perfekcję rozumiem specyficznie. Dla mnie to nie tylko idealnie ułożone serwetki – choć element estetyczny jest oczywiście kluczowy – ale przede wszystkim perfekcja operacyjna. To ta niewidoczna machina, która sprawia, że najbardziej skomplikowana logistyka wygląda na lekką i niewymuszoną. W branży ślubnej „dobrze” to zdecydowanie za mało. Tutaj liczy się tylko to, co wybitne.

Wizja pary czy jej energia – który z elementów jest ważniejszy w przygotowaniu jedynej i niepowtarzalnej uroczystości weselnej?

Bez wahania postawię na energię pary. Wizja jest plastyczna – można ją dopracować, zmienić czy ulepszyć. Jednak to energia, która łączy moich klientów, decyduje o tym, czy uroczystość będzie autentycznym przeżyciem, czy tylko wyreżyserowanym teatrem. Wierzę, że stworzenie ślubu bogatego w dobre emocje jest możliwe tylko wtedy, gdy scenariusz współgra z temperamentem i duszą pary młodej. Wolę przygotować coś skromniejszego, ale tętniącego autentycznością, niż ociekający złotem bankiet, w którym brakuje „tego czegoś”.

Pracujesz na wielu poziomach – od strategii, przez zmysły, aż po emocje. Jesteś kreatorką najważniejszego dnia w życiu swoich klientów. Kiedy o tym myślisz, co czujesz?

Czuję przede wszystkim, że jestem na właściwym miejscu. Mam świadomość, że posiadam rzadki zestaw predyspozycji: z jednej strony ogromną empatię i intuicję, a z drugiej analityczny umysł, który pozwala mi sprawnie zarządzać skomplikowaną strategią każdego eventu. Bardzo lubię pracować z wymagającym klientem, ponieważ to nieustannie stymuluje mnie do rozwoju. Moi klienci to fantastyczni ludzie, od których sama czerpię inspirację, również tę biznesową. Czuję ogromną dumę i satysfakcję, gdy widzę, jak moje wielomiesięczne planowanie zamienia się w ich najpiękniejsze wspomnienia.

Popraw mnie, jeśli się mylę: bridal concierge to stosunkowo nowe pojęcie w branży ślubnej. Czy mogłabyś je przybliżyć, powołując się na swoją działalność?

Masz rację, to pojęcie wciąż brzmi u nas dość egzotycznie i mówiąc szczerze, rynek w Polsce nie do końca je przyjął. Za granicą bridal concierge to często osoba do zadań stricte lifestyle’owych czyli od zakupu butów od projektanta, które są wyprzedane we wszystkich butikach, po pomoc w organizacji idealnych zaręczyn czy asystowanie pannie młodej w sprawach niemalże osobistych.

W polskiej rzeczywistości rzadko zdarza się, by ktoś szukał takiej usługi jako oddzielnego produktu. Nasi klienci stawiają na pragmatyzm i zazwyczaj decydują się na kompleksową organizację ślubu. Dlatego w mojej działalności „bridal concierge” nie jest osobną pozycją w cenniku, lecz standardem opieki, który jest naturalnie wpisany w moją rolę jako wedding plannera. Jeśli moi klienci potrzebują czegoś, co wydaje się niedostępne, lub szukają wsparcia w kwestiach wykraczających poza standardowy harmonogram wesela, po prostu to dostają.

Czy konkurencja w tym segmencie jest duża?

Konkurencja jest duża, ale myślę, że na rynku wciąż jest sporo miejsca na świeżość i jakość. Obserwuję jednak, że wiele osób wchodzi do tego zawodu, sugerując się jedynie „cukierkowym” obrazkiem z Instagrama, pięknymi filmami, na których wedding plannerka z uśmiechem poprawia kwiatek. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej: to tysiące godzin spędzonych głównie przed komputerem, w Excelu, na mailach i telefonach, a także praca w niemal każdy weekend i często po nocach.

Wiele osób na starcie ma problem z pozyskaniem klientów, ponieważ nie do końca rozumieją, że wedding planner nie jest usługą dla każdego. Często porównuję to do pracy architekta – mnóstwo osób buduje domy czy urządza mieszkania samodzielnie, traktując wsparcie eksperta jako dodatkowy wydatek. Tak samo jest w naszej branży: wedding planner to nie jest koszt pierwszej potrzeby. To konkretna pozycja w budżecie, która dla wielu par jest po prostu zbędna i to jest zupełnie naturalne. To niezrozumienie specyfiki klienta często prowadzi do zaniżania stawek, co psuje rynek, ale takie zjawisko występuje w każdej branży. Znam jednak wiele dziewczyn, które pojawiły się na rynku zaledwie rok czy dwa lata temu i dzięki pomysłowi na siebie oraz rzetelności działają dziś prężnie i z sukcesami.

Z drugiej strony bardzo cieszy mnie fakt, że rynek agencji, które są na nim od lat, jest niezwykle zróżnicowany. Każda z nas ma inny styl, inną energię i inne podejście do organizacji, dzięki czemu każda para może znaleźć eksperta, który najlepiej odpowie na ich specyficzne potrzeby. To zróżnicowanie jest wielką wartością tej branży.

Czego dowiedziałaś się o sobie jako o wedding plannerce i bridal concierge? Czego nauczyła Cię ta praca – zawodowo lub prywatnie?

Te siedem lat w zawodzie było dla mnie niesamowitą lekcją pokory i odkrywania własnych granic. Zawodowo zrozumiałam, że bycie dobrym wedding plannerem to przede wszystkim umiejętność bycia przewodnikiem, który wie, kiedy mocno trzymać stery, a kiedy pozwolić parze na ich własne doświadczenia.

Nauczyłam się asertywności, ale takiej podszytej głęboką empatią. Dziś potrafię zachować spokój i nie narzucać swojego zdania, nawet jeśli z doświadczenia wiem, że moje rozwiązania są bezpieczniejsze. Zrozumiałam, że moi klienci czasem muszą podjąć własną decyzję i przeżyć ją po swojemu, a moją rolą jest ich wspierać, a nie wyręczać w przeżywaniu tej drogi. Zrozumiałam również, że moją największą siłą nie jest obsesyjna kontrola nad każdym mikroskopijnym detalem, ale moje doświadczenie, które pozwala mi zachować spokój i dawać go innym.

Przez te lata zrobiłam ogromny progres zawodowy, zwłaszcza w procesach prowadzenia par i zarządzaniu całym projektem, co daje mi dziś niesamowity komfort pracy.

Prywatnie odkryłam, że moja intuicja to mój najczulszy kompas – nauczyłam się jej ufać bezgranicznie, bo nigdy nie zawiodła mnie w kontaktach z ludźmi. Ta praca nauczyła mnie też, że bycie profesjonalistką wcale nie oznacza wyłączenia serca. Wręcz przeciwnie, to właśnie dzięki temu, że potrafię szczerze wzruszyć się podczas przysięgi moich par, wiem, że to, co robię, ma głęboki sens.

Wysokie standardy i duże budżety niewątpliwie niosą ze sobą presję, a w konsekwencji przeciążenie. Czy w swoim grafiku planujesz świadome „pauzy”, wiedząc, że tego potrzebuje Twój organizm i Twoje podkłady kreatywności?

Obowiązkowo! Wedding planner musi być kreatorem, a kreatywność po prostu nie rodzi się w zmęczonym organizmie. Moja praca w dużej mierze opiera się na dawaniu energii innym, więc muszę dbać o własne „akumulatory”, by móc w pełni wspierać moje pary. Bardzo doceniam to, że moi klienci szanują mój czas prywatny i rozumieją tę potrzebę balansu.

Najbardziej intensywnej regeneracji potrzebuję po sezonie. Wtedy marzę o całkowitym odcięciu się od technologii. Potrzebuję zresetować układ nerwowy. Często wystarczy mi kanapa, bliscy i czas spędzony z moim psem, bez wibracji telefonu w kieszeni i otwartego komputera. To czas na ciszę i zebranie myśli. Choć przyznam szczerze, że po kilku dniach takiego spokoju, zazwyczaj szybko zaczynam tęsknić za tą specyficzną adrenaliną bycia „na wysokich obrotach”.

Twój feed na Instagramie nasunął mi pewne spostrzeżenie. Tworzą go bowiem głównie polskie kadry. Czyżby trend na śluby i wesela za granicą zmalał?

Trend ten wcale nie zmalał, ale moja strategia nieco się zmieniła. Śluby w moich ukochanych Włoszech, które kiedyś organizowałam regularnie, świadomie „oddałam” koleżankom z branży. Przy obecnej liczbie moich projektów wyjazd na tydzień za granicę w samym szczycie sezonu ślubnego jest dla mnie po prostu mniej opłacalny i wiąże się ze sporym stresem. Prowadząc wesele w Polsce, mam zaplecze sprawdzonych podwykonawców, do których mam pełne zaufanie. Za granicą brak tej lokalnej siatki wsparcia sprawia, że każda nieprzewidziana sytuacja staje się dużym wyzwaniem logistycznym.

Co ciekawe, obserwuję, że nawet przy ślubach zagranicznych polskie pary zabierają ze sobą większość podwykonawców z kraju. To najlepszy dowód na to, jak fenomenalną jakość oferuje nasza rodzima branża i jak konkurencyjne mamy ceny na tle Europy. Szczerze? W Polsce mamy absolutnie wszystko, czego potrzeba do zorganizowania ślubu na światowym poziomie. Jedyne, czego nam czasem brakuje, to gwarantowana pogoda 😉.

Przygotowując się do tego wywiadu, dowiedziałam się, że edukujesz! Prowadzisz kierunek związany z organizacją imprez ślubnych i konferencyjnych w jednej ze szkół policealnych w Krakowie. Jakie wartości, podejście do pracy starasz się przekazać przyszłym wedding plannerkom?

Tak, edukacja stała się dla mnie naturalnym krokiem. Zaczynałam w szkole TEB, ale teraz idę o krok dalej i w maju tego roku startuje pierwsza edycja mojego autorskiego kursu. Nie ukrywam, że bardzo mnie to ekscytuje! Długo dojrzewałam do tej decyzji, ale poczułam, że po siedmiu latach mam ogromne, praktyczne doświadczenie i, co równie ważne, łatwość w przekazywaniu wiedzy. Jestem praktykiem, a to w tej branży waluta najcenniejsza.

Mój kurs projektuję z myślą o osobach, które chcą pracować z konkretnym typem klienta: wymagającym, ale jednocześnie bardzo świadomym. Chcę, aby moje kursantki weszły na rynek z pełnym zrozumieniem tego, jak budować swoją markę i jak się pozycjonować, by trafiać właśnie do takiej grupy docelowej.

Jeśli chodzi o wartości, to moimi „filarami” są obsługa butikowa i bezwzględne skupienie na detalu, ale też konkretne podejście biznesowe. Uczę, jak skutecznie pozyskać klienta i jak zarządzać jego oczekiwaniami, nie tracąc przy tym własnej asertywności. Mocno skupiam się też na zapleczu technicznym i procesach, bo to elementy, które w agencjach często kuleją. Co więcej, będę dawać możliwość odbycia praktyk bezpośrednio u mnie jeszcze w tym sezonie ślubnym. To moim zdaniem najlepszy sposób, by poczuć tę specyficzną adrenalinę i zobaczyć, jak teoria przekłada się na rzeczywistość dnia ślubu. Pamiętam, że jak zaczynałam, tej praktyki brakowało mi najbardziej.

Bardzo się cieszę, że znalazłaś czas na tę rozmowę. Jesteś wzorem dla wielu kobiet w branży ślubnej i jestem pewna, że to grono będzie się tylko powiększać. Szczerze Ci tego życzę – choć mam poczucie, że to dla Ciebie raczej miły efekt uboczny niż cel sam w sobie.

Bardzo dziękuję za te słowa – nie ukrywam, że to niezwykle miłe. Masz mnie! Moim celem od zawsze było po prostu robienie dobrej roboty i dbanie o to, by moi klienci mogli w tym całym ślubnym szaleństwie po prostu odetchnąć. Jeśli przy okazji moja droga pokazuje innym kobietom, że w tej branży jest miejsce na merytorykę, asertywność i spokój zamiast „cukierkowego” Instagrama, to jest to dla mnie najlepszy bonus, jaki mogłam sobie wymarzyć.

Dziękuję za tę rozmowę. Rzadko mam okazję opowiedzieć o kulisach mojej pracy w tak szczery sposób. To była dla mnie duża frajda!

Udostępnij wywiad

Zapisz się do newslettera

Będziemy Cię informować, gdy na naszym portalu pojawi się nowa publikacja,
a także o specjalnych ofertach partnerów serwisu.