Pilates na macie – bez niego nie ma jej, a bez niej trudno mówić o nim z taką pasją i autentycznością. A reformer? Przereklamowany. O tej formie – jak i wielu innych well-beingowych trendach – Karolina Lejkam opowiada bez lukru, stanowczo, z pełną świadomością, bo wierzy, że to, co naprawdę działa, nie zawsze krzyczy z Instagrama. Ciekawi Cię, jak wygląda to w praktyce? Zapraszamy do rozmowy z doświadczoną trenerką personalną, nauczycielką pilatesu i jogi, psychodietetyczką, szkoleniowcem, ekspertką telewizyjną i influencerką.
Karolina Lejkam: Uważam, że sam pilates to za mało. Zwłaszcza w moim przypadku – ja naprawdę potrzebuję trochę cięższego treningu. Uważam też, że kobiety powinny trenować różne formy: cardio, interwały, żeby wzmacniać wytrzymałość i wydolność, ale też trening siłowy, który jest niezwykle ważny. Pilates działa bardziej pod kątem mięśni głębokich, mobilizacji i ogólnego samopoczucia. Pomaga utrzymać ciało w takiej „fajnej” formie – bez bólu kręgosłupa i podobnych dolegliwości.
A jak wygląda mój plan treningowy? Zazwyczaj to jeden trening pilatesu w tygodniu, dwa treningi siłowe i jeden-dwa treningi w formie cardio, ale takie „cardio dla głowy”. Na przykład dziś wiedziałam, że czeka mnie długa podróż samochodem, więc wstałam rano i poszłam pobiegać, bo potem przez kilka godzin będę po prostu uziemiona.
Tak samo weekendy – aktywnie! Rower, długie spacery. Choć tych ostatnich nie zliczam jako jednostki treningowej, mimo że robię ich naprawdę sporo.
Pilates uczy mnie tak naprawdę pokory. Dzięki niemu poznaję siebie na nowo – odkrywam swoje mocne i słabe strony, i nad tymi samymi stronami staram się pracować. Bo z pozoru wszystko wygląda świetnie: jestem sprawna, elastyczna, silna, a potem wychodzą jakieś małe niuanse – różnego rodzaju asymetrie w ciele, które potrafią dać odpowiedź, dlaczego, na przykład, bolą mnie plecy.
Pilates uczy mnie mojego ciała i podejścia do niego z szacunkiem. Traktuję go również jako formę swojego rozwoju jako trenera, bo sama chodzę na treningi pilatesu do różnych „master trenerów”. Każdy z nich zwróci uwagę na coś innego, ma inne podejście, da mi inną wskazówkę, a to przekłada się na mnie jako człowieka i trenera.
Dodatkowo, pilates to świetne uzupełnienie innych treningów. Nazywam to często kwintesencją całej naszej aktywności.
Uważam, że trening powinien być dostępny dla każdego, dlatego nie promuję ćwiczeń na maszynach. Nie każdy ma możliwości czy zasoby, żeby z takiej formy skorzystać. Zasoby w postaci dostępności czasowej – wtedy kiedy może trener, albo kiedy są zajęcia grupowe. Zasoby finansowe, bo nie są to tanie zajęcia. Cena za trening grupowy na maszynach, moim zdaniem, jest stosunkowo wysoka. Dodatkowo, nie w każdym miejscu w Polsce działają studia pilates, co czyni ten rodzaj treningu mało inkluzywnym.
A ja przede wszystkim jestem za tym, żeby uczyć ludzi po prostu ruchu.
Przykładowo, jeżeli zapraszam kogoś na siłownię i ćwiczymy siłowo, to nawet jeśli ta osoba nie ma w domu sztangi, to jest w stanie później odtworzyć te ruchy – choćby z butelką wody. A gdy ćwiczymy na reformerze lub innej maszynie, to przeciętna osoba – taka, która nie jest trenerką, ale rusza się względnie – nie będzie w stanie sama odwzorować tego ćwiczenia na macie, po prostu. Taki trening nie uczy nas działania „na przyszłość” – tego, co my możemy zrobić sami, w obrębie własnej maty i w domowym zaciszu. Pilates na macie możemy robić dosłownie wszędzie, nawet nie mając maty. Wystarczy nam koc albo wykładzina. I właśnie o taką dostępność mi chodzi.
Myślę, że musimy jeszcze poćwiczyć nad świadomością, czym jest ten prawdziwy pilates i nauczyć się go rozróżniać. Pilates to nie skakanie i szpagaty na reformerze do modnej muzyki. Nie da się ukryć – teraz w Polsce jest na to ogromna moda. Odmieniamy słowo „pilates” przez wszystkie przypadki. Mamy wiele fajnych studiów pilatesu i prowadzimy je na bardzo dobrym poziomie, jeśli chodzi o marketing, aspekt wizualny, design i obsługę klienta. Mam jednak pewien zgrzyt, jeśli chodzi o merytorykę. Uważam, że u nas często ważniejszy jest Instagram niż ruch i człowiek.
Przez to, że studia pilates powstają ostatnio jak grzyby po deszczu, kompetencje trenerów nie są na tak dobrym poziomie, jak kompetencje trenerów w innych dziedzinach. Często zdarza się, że dziewczyny, które wcześniej nie miały nic wspólnego z ruchem czy sportem, decydują się na bardzo drogie i wymagające kursy. Przykładowo – ktoś pracuje w korporacji lub w zupełnie innej branży, pochodzi pół roku na pilates, stwierdza, że to fajna opcja, bo teraz otwiera się dużo studiów pilatesu, więc zapisuje się na kurs za dwadzieścia parę tysięcy złotych, który trwa rok. Problem w tym, że taka osoba nie ma zbyt dużej praktyki własnej, a doświadczenia z innymi ludźmi – już w ogóle.
Na wielu kursach nie ma obowiązku robienia praktyk własnych ani pracy z drugą osobą. Nie jest to wymagane, bo to po prostu fabryka pieniędzy. W efekcie poziom przygotowania trenerskiego w Polsce jest niższy niż na świecie. Tak ogólnie, bo oczywiście są studia z fantastycznymi trenerami, u których – jak już wspomniałam – sama się szkolę.
Jeżeli miałabym porównać to, co się dzieje na świecie – weźmy na przykład Nowy Jork – to widać wyraźnie, że te bardziej „fancy” czy też „instagramowe” studia pilatesu, których jeszcze niedawno był wysyp, to teraz, po pandemii, zaczynają się zamykać. Kiedyś jak na ulicy było ich pięć, dziś zostaje jedno. Zostają przede wszystkim te, które ja nazywam „piwnicami”, gdzie nie zwraca się dużej uwagi na estetykę studia i cały taki powiedzmy „visual”, tylko właśnie na człowieka. Tam treningi 1:1 mają dalej bardzo duże wzięcie. Nie widać też tendencji czy nagłych zmian, typu „O, jest moda” albo „Nie ma mody”, tylko cały czas jest constans.
Podobnie w Barcelonie czy Kopenhadze, gdzie byłam ostatnio. Moda na pilates oczywiście dalej jest, ale też uważam, że trenerzy są bardziej wyszkoleni. W ogóle za granicą większy nacisk kładzie się na indywidualne podejście do klienta – nie tylko podczas treningów 1:1, ale również na zajęciach grupowych.
Bardzo fajne jest to, że ludzie za granicą mają na tyle świadomości, iż potrafią w ciągu dnia wygospodarować czas na ćwiczenia. Tam, gdzie byłam, zajęcia „kręcą się” od rana do nocy – niezależnie, czy to studio bardziej „fancy”, czy mniej. U nas tego nie ma. Przykładowo, aktualnie prowadzę zajęcia o 11:30 i na te zajęcia – tak jak na inne mam full – przychodzą może trzy-cztery osoby. To jest właśnie dla mnie zaskakujące, bo jeśli spojrzeć na Warszawę o tej porze, to pełno jest freelancerów, osób siedzących w kawiarniach, którzy niekoniecznie pracują, a jednak na pilates czy inne zajęcia lunchowe nie przychodzą.
Wydaje mi się, że przed nami, Polakami, jeszcze długa droga, aby wzbudzić świadomość, że ruch jest ważny i można go wpleść w swój dzień. To znaczy – wstaję rano, trochę popracuję, a w ciągu dnia – kiedy już jestem „zasiedziana” – robię sobie aktywną przerwę. Tak jak robię sobie przerwę na lunch, po której wracam do pracy. A nie tak, że zaczynam dzień od zajęć, a potem siedzę przed komputerem osiem-dziesięć godzin i jestem padnięta.
Jeszcze jedno jeśli chodzi o za granicę – w wielu miejscach obowiązuje zakaz wnoszenia telefonów na salę.
Obecnie nie przyjmuję już nowych osób na treningi – mam po prostu pełen grafik i stałą grupę. Co do współprac online, zasadę mam prostą – jeżeli znam osobę, to nie ma problemu, żeby przejść z nią na treningi online. Oczywiście od czasu do czasu musimy się spotkać na żywo.
Czyli na przykład, jeżeli ktoś wyjeżdża na wakacje albo mieszkamy bardzo daleko od siebie, wtedy forma online jest jak najbardziej w porządku. Możemy trenować bez przerw i bez tracenia czasu na dojazdy.
Ja i moi podopieczni, z którymi już się dobrze znamy, mówią, że nie widzą różnicy. Jasne – brakuje wtedy takiej relacji „face to face”, możliwości dotyku, skorygowania czegoś na bieżąco. To jest w ogóle inna wymiana energii… Dlatego uważam, że jeśli mamy możliwość ćwiczyć na żywo – nic tego nie zastąpi. Jest też większy dostęp do sprzętu – czy to w studio czy na siłowni. A jeśli ktoś ćwiczy w domu i nie ma za dużo akcesoriów treningowych, to nie zrobi takiego progresu, jaki mógłby osiągnąć na żywo.
Ale jeżeli chodzi o taki podstawowy trening – a znam tę osobę i wiem że potrafi ćwiczyć – to naprawdę nie ma większej różnicy, czy spotykamy się na żywo, czy widzimy się online.
Na pewno idziemy w formę treningów relaksacyjnych. Bardzo często też w formę treningu oddechowego i krótkiego, który możemy zrobić bez przebierania się, na przykład sesję oddechową, lekko rozciągającą czy relaksującą, nawet na krzesłach. Czyli tak, żeby – że tak powiem – wymagała jak najmniej wysiłku. To jest jedna z wyraźnych tendencji.
A druga – często firmy wolą skorzystać z oferty niestałej, bardziej eventowej i jednorazowej. Przykładowo, mamy teraz fajną pogodę, organizujemy event w ogrodzie lub w przestrzeni biurowej razem ze śniadaniem. Najpierw są zajęcia lub warsztaty dotyczące wellbeingu, a potem catering i wspólne śniadanie – wszystko to w formie jednorazowego wydarzenia.
Więc aktualnie większym zainteresowaniem cieszą się formy jednorazowe lub krótkie treningi, które są faktycznie wykonywane systematycznie. Jednak od około dwóch, trzech lat, czyli już po pandemii, forma regularnych treningów w biurze – raz czy dwa razy w tygodniu, w ciągu dnia – coraz bardziej odpada. A jeśli już, to raczej w godzinach porannych lub po pracy. Pamiętajmy też, że większość ma karty multisport, więc te zajęcia w miejscu pracy muszą być naprawdę atrakcyjne, by pracownicy chcieli w nich uczestniczyć.
Podsumowując, obecnie królują formy krótsze i wymagające mniej wysiłku.
Na pewno staram się – choć to dla mnie duży wysiłek – robić naprzemienne prysznice ciepłe i zimne. Jednak bardzo nie lubię zimna, więc trend morsowania czy ice bath kompletnie nie są dla mnie.
Mój taki rytuał poranny to płukanie buzi olejem kokosowym – wzięte z Ajurwedy. I to jest pierwsza rzecz, którą robię po przebudzeniu, co ważne na nieumytych zębach. To zbiera wszystkie toksyny i brudki po nocy. Dopiero potem wykonuję dalszą część swojej rutyny.
Na pewno picie ciepłej wody – zawsze i niezależnie od pory roku! Taką, powiedzmy, około 45 stopni. Nawet, jak jest upał, piję ją bez problemu. Zawsze mam też ze sobą mielone siemię lniane. Piję je, bo jest bardzo dobre na jelita i wspaniałe na gardło, a że ja non stop gadam i to dość głośno, to jest mój taki zbawienny rytuał.
Odcinam się też od telefonu, kiedy na przykład jestem na spacerze z psem albo gdy celowo postawię auto dalej i muszę przejść. Wtedy nie używam smartfona, żeby po prostu odpocząć i nacieszyć oczy naturalnym światłem.
Dziesięć tysięcy kroków dziennie – to u mnie jest zawsze. Nie chcę się na tym specjalnie skupiać, bo mam aktywną pracę, ale wyobrażam sobie, że jak ktoś ma pracę siedzącą, to żeby je zrobić, faktycznie musi się ubrać i wyjść. A ja robię je po prostu w pracy – choć jeśli tego nie mam, to naprawdę nie zasnę.
Dla mnie bardzo ważne jest to, żeby po prostu iść spać przed 22:30. Czyli około 22:15 już leżę w łóżku. I to bardzo często, nawet w weekend – więc jestem nudziarą 😉 Staram się też zachować w miarę te godziny i zasypiania, i wstawania. Czyli jak jest weekend, to zazwyczaj też wstaję po szóstej. Zdaję sobie sprawę, że to może dla wielu osób wymagające, tym bardziej że w weekend często spotykamy się z rodziną, ze znajomymi i tak dalej, ale jednak pilnuję, żeby tego snu jakoś bardzo nie nadrabiać. Trzymam się raczej tych siedmiu godzin.
Na pewno trendom, którym nie uległam, jest wspomniane morsowanie. Podobnie z matchą – jestem coffee lover. Jestem beznadziejna, jeśli chodzi o masaże, typu masaż buzi itp. To po prostu nie dla mnie, brakuje mi systematyczności. Za to pielęgnacja – uważam, że mam bardzo dobrą – kluczem jest dla mnie minimalizm.
Dla mnie mega ważną cechą jest szczerość. Uważam, że ten świat jest mocno zakłamany. Naprawdę – dziewczyny chudną na popularnym leku przeciwcukrzycowym, a wciskają kit, że to geny, a tak nie jest. Tak samo jak trening buzi czy masaż – nie zlikwidują nam zmarszczek. Albo detoks sokowy czy głodówka – też nie są dobre.
Ja nie będę ściemniać. Mam taką zasadę, że muszę być szczera wobec innych i sama ze sobą. Jeżeli coś mi nie leży, to tego nie robię. I nie będę czegoś promować tylko dlatego, że to modne, albo się opłaca. Oczywiście, to nie jest też tak, że zawsze wszystko mówię wprost, bo czasami nie wypada – trzeba trochę klasy zachować 😉
I może dlatego mój Instagram, mimo tego, że pakuję w niego bardzo dużo energii, nie ma miliona wyświetleń i jest dość małym kontem – bo ja po prostu nie robię czegoś pod algorytmy. Bo jeśli uważam, że powinniśmy mniej siedzieć w telefonach, a potem całą swoją energię pożytkuję na Instagram – walczę o zasięgi i oglądalność – no to dla mnie to jest niespójne. Jakby mówię: „Nie oglądajcie, ale oglądajcie mnie” – no to jest hipokryzja.
Dlatego przestałam już walczyć o zasięgi. Spotykam się na robieniu contentu, nagrywek, po to, żebym mieć fajne materiały do portfolio i dla tych osób, które są realnie zainteresowane tym, co robię. Chcę im dawać wartość, a nie coś, co jest wyłącznie trendowe – i dlatego: „Ja to zrobię”, „Ja to pokażę”.
Tak, muszę działać w zgodzie ze sobą, ze swoją intuicją. Chcę budzić się i zasypiać z myślą, że mogę spojrzeć w lustro, bo nikomu kitu nie wcisnęłam – łącznie ze sobą. Nie chcę żyć w hipokryzji.
Myślę, że jestem dobrą influencerką, jeżeli marka czy produkt mają podobne wartości do moich. Na ten moment mogę powiedzieć, że jedyną większą współpracą, jaką mam, to jest właśnie współpraca z marką Primabiotic.
Dlaczego? Po pierwsze, wierzę w ten kolagen, bo widzę jego efekty – zarówno u siebie, jak i innych. Stosuję go codziennie, rzetelnie, od ponad roku. Co ciekawe, jest to marka, która próbowała nawiązać ze mną współpracę jakieś trzy lata temu, zanim jeszcze kolagen stał się modny. Kilkukrotnie im odmówiłam – właściwie nie wiem, dlaczego. Może uważałam, że ten kolagen to nieprawda. A potem wysłali mi paczkę testową, bez żadnych oczekiwań – i wtedy naprawdę zobaczyłam realne efekty. Moja mama zresztą też, a to dla mnie duży wyznacznik, bo mama jest akurat osobą przeciwną suplementacji. To znaczy lubi wydawać pieniądze, podobnie jak ja – oszczędne nie jesteśmy 😉 – ale raczej nie wyda 250 zł miesięcznie na coś, co nie działa. Nie ma opcji, żebyśmy się łudziły, że zapłacimy i nagle będziemy piękne – coś naprawdę musi zadziałać.
Zdecydowałam się na tę współpracę także dlatego, że są bardzo elastyczni. Nie narzucają mi briefów, wytycznych, że ja muszę zrobić tak, a nie inaczej, zawrzeć takie słowa czy inne. Dają mi po prostu wolność. Dodatkowo osoby, które tam pracują, są w firmie od początku i zespół tylko się rozrasta. Dla mnie to też jest ważne, że te osoby, które ze mną współpracują, są godnie traktowane przez swojego pracodawcę.
Dokładnie, brałam udział w projekcie Primabiotic nad morzem. Mieliśmy wystąpienie w Dzień Dobry TVN i uwierz mi, że gdybym nie wierzyła w tę markę, to w życiu bym się nie podpisała swoją twarzą ani nie mówiła o kolagenie w tym programie. Zrobiłam to nawet za darmo – i żebyśmy miały jasność, naprawdę lubię tych ludzi i wierzę w ten produkt, a zobacz, że oni wierzą we mnie. Kontaktują się ze mną, jak mają jakieś sesje zdjęciowe, zlecenia czy wystąpienia.
Zadzwonili do mnie i to jest dla mnie bardzo duże wyróżnienie! Więc jakby musi być obopólna współpraca, szacunek, wzajemne zaufanie, brak narzucania i też można powiedzieć wprost – brak wyzysku. Nie zarabiam na tym dużych pieniędzy – bo mam małe konto – ale nie dokładam też do interesu.
Są przecież marki, które wysyłają przykładowo ekologiczny krem za 50 zł, którego i tak nie użyję, bo mam alergię na większość takich kremów, i chcą żebym zrobiła unboxing, reelsa, wrzuciła to, oznaczyła i jeszcze zgodziła się na promocję. No nie – szanujmy się też, jeżeli chodzi o czas. Czas to pieniądz. Ja w tym czasie jestem w stanie zrobić trening i realnie pomóc danej osobie, spędzić z nią miło czas i dać jej wartość. Wolę te pieniądze po prostu zarobić w inny sposób.
Zgadza się. Jadę właśnie do ośrodka Mamczur, gdzie Fundacja Iskierka organizuje wyjazd wakacyjny dla dzieci onkologicznych i ich rodzin. W zeszłym roku postanowiłam, że chcę się zaangażować w działalność charytatywną – wcześniej po prostu co miesiąc przelewałam pieniądze na jakiś cel. Pomyślałam, że skoro mam energię, wiedzę i doświadczenie, to mogę się tym podzielić. Znajoma poznała mnie z Jolą, prezeską Fundacji Iskierka, i szybko ustaliłyśmy, że zaopiekuję się mamami. Z kobietami mam świetny kontakt, pracuję z nimi na co dzień. Z dziećmi nie mam doświadczenia, a w tym przypadku mówimy o dzieciach chorych lub po ciężkich terapiach – nie byłam pewna, czy dźwignę to psychicznie, nie chciałam też popełnić jakiegoś faux pas. Uznałam więc, że to najlepsza opcja.
Plan jest taki: przyjeżdżam dziś na obiad, potem prowadzę warsztaty relaksacyjne – skupione na oddechu i prostych ćwiczeniach, które można wykonać nawet przy łóżku. A jutro, przed śniadaniem, zaproszę mamy na pilates. To coś, co mogą realnie poczuć i zabrać ze sobą, a jednocześnie coś, w czym naprawdę czuję się dobrze i pewnie.
Pomyślałam też: „Skoro jadę tak daleko, co jeszcze mogę zrobić?”. I tu zadziałały moje znajomości – napisałam do kilku firm, z którymi współpracuję, oraz do mojej podopiecznej z branży beauty. Zapytałam: „Chcecie się zaangażować z serca czy nie?”, „Macie na to budżet czy nie?”. Od razu zaznaczyłam też, że nie będę niczego promować – nie robię z tego materiału reklamowego, nie pokazuję tych mam. I udało się – wiozę ze sobą prezenty dla mam związane z tzw. „me time’em”: kolagen, kosmetyki podróżne oraz akcesoria do automasażu.
Dokładnie. I ja naprawdę nie szukam tu poklasku – nawet nie wiem, jak to wyjdzie. Po prostu wierzę, że warto czasem poszukać balansu gdzie indziej: w relacjach, w dawaniu siebie innym, w oderwaniu się od codziennego pędu. Bo często funkcjonujemy w takim trybie: „tu wakacje, tam koncert” – to wszystko jest bardzo hedonistyczne, skupione wyłącznie na sobie. A ja uważam, że jeśli damy coś z siebie innym, to ta radość i wdzięczność, którą widzimy w ich oczach – niekoniecznie osób potrzebujących – może być naszą największą nagrodą i prawdziwym, humanitarnym spełnieniem.
Ojej, oczywiście. Niestety mam tendencję do pracoholizmu, więc często pracuję na najwyższych obrotach – od rana do nocy. I też pracuję od rana, nie dlatego, że jestem taka bardzo „morning person”, ale dlatego, że rano mam więcej zasobów. Angażuję się w pracę tak bardzo, że kiedy z niej wychodzę, moja głowa bywa już „kwadratowa”, tak więc łatwiej umówić się ze mną na trening o 7 rano niż o 7 wieczorem 😉.
Często słyszę od dziewczyn, że jest to dla nich nie tylko trening, ale też trochę jak spotkanie z przyjaciółką, wręcz psychoterapia. Z niektórymi znamy się od siedmiu, ośmiu lat. Razem ćwiczymy, zapraszamy się na imprezy okolicznościowe. I to jest naprawdę wspaniałe – być częścią tylu fajnych żyć. Ale to też generuje stres…
Cały czas uczę się asertywności, niemniej średnio mi to wychodzi, zwłaszcza że uważam, że „im więcej mam, tym więcej mogę dać”. Przez to angażuje się w bardzo wiele rzeczy, a że nie robię rzeczy na pół gwizdka, to wiadomo pojawia się przeciążenie.
I tak, mam momenty, kiedy jestem pod ścianą – kiedy muszę z czegoś zrezygnować, czyli odetchnąć, przemyśleć, zrobić strategię na nowo. To są takie przebłyski – średnio raz na pół roku, raz na rok – kiedy wiem, że potrzebuję wrócić do swojego core’u, do wartości, które są dla mnie najważniejsze. Czyli usiąść z Excelem 😉 i to policzyć, bo z samych wartości nie wyżyjemy. Ale trzeba też zadać sobie pytanie: „Czy ja naprawdę potrzebuję żyć na takim poziomie? Czy wystarczy mi trochę mniej i też będzie w porządku?”.
Dlatego też, mimo że żyję w biegu, to jednak dzięki tym zdrowym zasadom i rytuałom, o których mówiłyśmy, udaje mi się tę higienę ciała i umysłu zachować. Ale w momencie, kiedy nie mam nawet czasu na zjedzenie posiłku, to wiem, że przekroczyłam granicę. To jest dla mnie sygnał ostrzegawczy: „Ej, dobra Karola, zatrzymaj się, bo po prostu się zagalopowałaś. Odbiegasz od siebie, od swoich rutyn i nic dobrego z tego nie wyniknie”.
Tak, bo zauważ, że żyjąc w stresie, mamy mniej zasobów i mniej możemy dać innym. Ludzie to wyczuwają. Nie wiem, czy zdarzyła mi się taka sytuacja – bo raczej staram się nad tym panować – że byłam za bardzo zmęczona na treningu. Ja bym nie chciała pójść do zmęczonego trenera. Nawet jeśli ktoś z moich podopiecznych powie mi: „Odpuść sobie” albo „Dobra, idź zjedz, widzę, że jesteś głodna”, to ja nie pójdę zjeść podczas treningu, bo dla mnie to jest nieetyczne. Ludzie przychodzą, płacą, poświęcają czas i energię, więc nie mogę do tego podchodzić na zasadzie: „A bo się znamy”, „No dobra, raz na jakiś czas”. Nie. Byłabym wręcz zażenowana taką sytuacją.
Tak więc to poczucie profesjonalizmu i pracoholizm prowadzą niestety do stresu. Dlatego uważam, że taka przestrzeń na odpoczynek musi być. Do tego zdrowe rutyny i czas na prywatne cele – ale również czas, żeby zaobserwować, że my je już spełniliśmy. Bo żyjąc w biegu, często nie zauważamy, że my te cele już osiągnęliśmy. Tylko „dalej, dalej, więcej, więcej”.
Tak, jak najbardziej. Przede wszystkim – ruch to zdrowie. Specjalnie używam słowa „ruch”, a nie „sport”, bo sport zawodowy jest daleki od zdrowia. Chodzi o jakąkolwiek aktywność – bieganie, jogę, pilates na macie, cokolwiek – coś, co staje się czasem tylko dla Ciebie. Jeśli ten czas potrafisz znaleźć, to ładujesz swoje zasoby. Nie jesteś wtedy wiecznie dla innych – w pracy, z dziećmi – tylko jesteś ze sobą.
Dlatego też jestem ogromną przeciwniczką wnoszenia telefonów na salę treningową. Moje dziewczyny po prostu nie wnoszą ich na trening. Koniec, kropka. Telefon zostaje w szatni, bo to nasz czas. Oczywiście, są wyjątki – mama, która musi być pod telefonem, bo może zadzwonić pani z przedszkola – to zrozumiałe. Ale poza tym – zaglądanie w telefon w trakcie treningu po prostu nie ma sensu.
Dzięki ćwiczeniom jesteśmy w stanie zbliżyć się do siebie, a to klucz do bycia pewną siebie. Jeżeli znamy swoje mocne i słabe strony, wiemy, nad czym powinnyśmy pracować, co jest naszym atutem – to po prostu jesteśmy w stanie tę pewność siebie wypracować. Poza tym trening to także sprawczość. Stajemy się bardziej sprawne, więc automatycznie robimy więcej – i to bez bólu. Przykładowo, kiedyś po ośmiu godzinach w pracy bolały mnie plecy. Dziś też siedzę osiem godzin, ale w międzyczasie, jak idę po kawę – dzięki zdrowym nawykom wypracowanym na treningu – przeciągam się, robię kilka kroków po wodę, bo mam ją dalej niż w zasięgu ręki. Według mnie to też jest budowanie sprawczości.
Poza tym trening wprowadza do życia higienę ciała i umysłu, pomaga zorganizować dzień, tworzy rutynę. Mam dziewczyny, które ćwiczą trzy razy w tygodniu – poniedziałek, środa, piątek – i to jest dla nich świętość. Pod to dobierają inne rzeczy, czyli nie jest tak, że jeśli idą do fryzjera, to przenoszą trening. Nie. Trening jest jak praca – wpisany w kalendarz. I to jest właśnie klucz do budowania pewności siebie – wiedzieć, czego się chce. Bo jeśli wiemy, po jakim gruncie stąpamy, to jesteśmy w stanie być pewne siebie i zyskiwać te zasoby.
Jestem zadowolona z miejsca, w którym jestem, ale traktuję to jako etap na drodze do czegoś większego. Potrafię to docenić – ale też siebie docenić. Nie w sposób przesadny, bo jestem raczej przeciwna trendowi, że za wszystko trzeba być wdzięcznym. Uważam, że wdzięczność jest okej, ale bez przesady – zwłaszcza, że ja naprawdę nie miałam żadnych „pleców”. Wszystko osiągnęłam sama. Od rodziny dostałam ogromne wsparcie psychiczne i siłę, co uważam za cudowny zasób i za to mogę być realnie wdzięczna.
A wracając do pytania – tak, mam apetyt na dużo, dużo więcej. Mam jeszcze większe cele, do których dążę krok po kroku, choć ostatnio zmieniłam trochę podejście i strategię.
Nie. Kiedyś podchodziłam do wszystkiego bardzo zadaniowo – miałam jasno wyznaczone zarówno cele, jak i kroki – trochę jak w korporacji. Na przykład, jeśli chciałam nawiązać współpracę z konkretną firmą, to przygotowywałam ofertę, zbierałam kontakty do HR-ów, umawiałam spotkania, prowadziłam zajęcia próbne i tak dalej. W skrócie: miałam ścieżkę i konsekwentnie ją realizowałam.
Teraz, kiedy projektów jest więcej, staram się działać w zgodzie z intuicją. Jeśli ktoś do mnie dzwoni czy pisze i już na początku czuję, że coś mi nie pasuje, że nie jestem podekscytowana, tylko mam jakieś „ale” – to tego nie biorę. Intuicja podpowiada mi, że coś jest nie tak…
W tym roku kończę 30 lat, więc myślę, że śmiało mogę się jeszcze realizować – karierowo i trochę egoistycznie. Czuję, że mam jeszcze czas na założenie rodziny, więc póki co jestem w stanie sporo „podziałać” zawodowo, ale jak się nie uda, to też będę zadowolona, bo to, co mam, jest dla mnie naprawdę okej.
Hm, może teraz wyjdę na zarozumiałą, ale chyba nic bym nie powiedziała… Uważam, że to, co zrobiłam, było w porządku. Oczywiście na pewno podjęłam jakieś złe decyzje i wiem nawet które, ale to właśnie z tych złych decyzji dostałam dużo lekcji, dzięki czemu wiem, że czegoś już więcej tak nie zrobię.
I mimo, że nie mam dla siebie konkretnych rad, jest jedna dewiza, którą się kierowałam i którą kieruję się dalej: „Żyj tak, żeby zawsze móc spojrzeć w lustro – żyj w zgodzie ze sobą”. To, o czym wcześniej rozmawiałyśmy w kontekście współprac – o byciu szczerym, prawdziwym, bez wciskania kitu.
Chodzi też o to, żeby każdego wieczoru, zasypiając, móc powiedzieć sobie: „Może mogło być lepiej, ale akceptuję to i postaram się poprawić”. Potrafić przyznać się do błędu i iść dalej – to dla mnie bardzo ważne.
Nigdy nie byłam konformistką. Jeśli coś mi nie pasuje, nie widzę powodu, żeby w tym tkwić. Dotyczy to zarówno pracy, jak i życia prywatnego. Wierzę, że gdzieś za rogiem zawsze może czekać coś lepszego.
W ogóle uważam, że zmiana jest czymś wspaniałym. Jeżeli zaczynam czuć się zbyt komfortowo, to dla mnie znak, że muszę coś zmienić – bo rozwój jest dla mnie ważny. Oczywiście, wszystko z umiarem, żeby nie ześwirować – w życiu potrzebny jest też balans, czas na osadzenie się i refleksję. Tak jak u mnie teraz – dużo się dzieje, ale w wakacje mówię sobie: „Dobra, Karola, teraz masz trochę luzu, robisz nową strategię”.
I chyba o to w tym wszystkim chodzi – by być w porządku wobec siebie, akceptować to, co jest, mieć odwagę do zmian, ale też umieć się zatrzymać, gdy jest to naprawdę potrzebne…