Głos rozsądku czy głos serca – kto lepiej doradza w sprawach zawodowych? Katarzyna Heider-Pryjma zna odpowiedź na to pytanie. Od dziewięciu lat razem z mężem Marcinem prowadzi Bombshe – minimalistyczną i etyczną markę odzieżową z własną szwalnią we Wrocławiu. Jej definicja spełnienia? Zdecydowanie inna niż się można spodziewać…
Katarzyna Heider-Pryjma: W dzieciństwie naprawdę marzyłam o modzie – godzinami rysowałam projekty, tworzyłam stylizacje, szyłam ubranka dla lalek Barbie. Fascynowały mnie tkaniny, kolory, wszystko, co związane z wyrażaniem siebie przez ubiór. Z czasem jednak uznałam, że lepiej będzie wybrać bardziej rozsądną ścieżkę – studiowałam socjologię i psychologię, bo zawsze interesował mnie człowiek, jego emocje, potrzeby, relacje i kontekst społeczny. Wydawało mi się, że to kierunek, który zapewni mi stabilniejszy start w dorosłość.
Dopiero praktyki – między innymi w szpitalu onkologicznym dziecięcym – uświadomiły mi, że jako osoba wysoko wrażliwa nie uniosę emocjonalnie tej pracy. To była ważna, ale i trudna konfrontacja z samą sobą.
Po studiach, dzięki ogromnemu wsparciu mojego męża Marcina, wróciłam do dziecięcego marzenia. To on mocno mnie wtedy dopingował i dodał odwagi, żeby spróbować pójść za tym, co naprawdę we mnie żywe. Założenie Bombshe nie było więc oczywistym krokiem – ale było przełomowym powrotem do siebie.
Bombshe tworzyliśmy razem z Marcinem i od samego początku wiedzieliśmy, że chcemy zbudować firmę, w której człowiek i jego potrzeby będą na pierwszym miejscu. Na początku – jak to w każdej małej firmie – robiliśmy wszystko sami, ale kiedy pojawił się moment zatrudniania pierwszych osób, było dla nas jasne, że chcemy stworzyć miejsce pracy, w którym wszyscy czują się dobrze i współtworzą coś wartościowego.
Pracując wcześniej na etatach, mieliśmy własne doświadczenia i bardzo zależało nam na tym, by stworzyć inną jakość pracy – opartą na wzajemnym szacunku, zaufaniu i spokoju. Nasze panie nie pracują na akord, bo nie chcemy tworzyć atmosfery pośpiechu ani presji na ilość. Zawsze marzyliśmy o tym, by wszystko powstawało w uważnym rytmie – bez nadzoru „zza pleców”, bez kontroli każdego ruchu. Ufamy sobie nawzajem i traktujemy się tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani.
Nigdy nie zależało nam na masowej produkcji ani na maksymalnym cięciu kosztów. Od początku chcieliśmy szyć wszystko w Polsce – krok po kroku, z lokalnymi dostawcami, z dbałością o detale: guziki, zamki, nici, opakowania. Dla nas to wszystko ma znaczenie. Może nasze podejście nie jest typowo biznesowe, ale daje nam spokój i poczucie sensu. A to dla nas wartość nie do przecenienia.
Bombshe to nasz wspólny projekt od samego początku – tworzyliśmy firmę razem, krok po kroku, ucząc się wszystkiego po drodze. Wspólnie planowaliśmy, organizowaliśmy sesje zdjęciowe, podejmowaliśmy decyzje – i wciąż to robimy.
Naturalnie jednak wyodrębniły się nasze obszary działania. Ja zajmuję się projektowaniem, wizją marki, stylizacjami i całą warstwą kreatywną. Odpowiadam też za marketing – tworzę treści, opisy produktów, newslettery, czuwam nad stroną internetową, komunikacją wizualną i prowadzeniem social mediów.
Marcin natomiast czuwa nad operacyjną stroną firmy – zarządza produkcją, szwalnią, logistyką, kontaktami z dostawcami i partnerami zewnętrznymi. Zajmuje się też finansami i organizacją procesów. Ma świetne wyczucie w kwestiach, które są dla mnie mniej naturalne, ale absolutnie kluczowe dla funkcjonowania firmy.
Nie mamy obszarów, w których się nie dogadujemy – mamy podobne wartości, patrzymy na świat w podobny sposób, czujemy tę markę tak samo, bo jest przedłużeniem nas samych. Mimo wyraźnego podziału, wszystko robimy w zgodzie ze sobą. Wiele rzeczy dzieje się u nas intuicyjnie, naturalnie – bez potrzeby narzucania sobie czegokolwiek. Cieszę się też, że Marcin coraz chętniej wchodzi również w kreatywne działania, np. nagrywa ze mną materiały do social mediów. Bardzo się uzupełniamy.
Dla nas to absolutnie naturalne – spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu i nigdy nie było to dla nas problemem. Pracujemy razem, wychowujemy wspólnie dziecko, prowadzimy dom, a mimo to nie mamy potrzeby od siebie „odpoczywać”. Wręcz przeciwnie – dziwnie się czujemy, kiedy nie jesteśmy razem.
Jesteśmy ze sobą już ponad 10 lat, a kłótni naprawdę moglibyśmy policzyć na palcach jednej ręki. Praktycznie się na siebie nie denerwujemy – myślę, że to dlatego, że mamy bardzo podobne charaktery, wspólne wartości i patrzymy w tym samym kierunku. Wszystko gra tak, jak powinno grać – bardzo się wspieramy i lubimy swoje towarzystwo.
Śmiejemy się czasem, że mamy już prawie 30-letni staż, jeśli policzyć, ile realnie godzin spędziliśmy ze sobą w porównaniu do par, które widują się wieczorami. Ale u nas to się po prostu sprawdza. Każde z nas ma trochę inne zadania i zakresy odpowiedzialności, ale nigdy nie rodzi to między nami napięcia. Wręcz przeciwnie – czujemy, że jesteśmy zespołem, który naprawdę dobrze się uzupełnia.
Szafa kapsułowa nie musi być nudna – wręcz przeciwnie. Dla mnie to ogromna przestrzeń do kreatywności, ale opartej na spokoju, a nie ciągłym przebodźcowaniu. Dobrze zaprojektowana kapsuła daje ogrom możliwości – bo kiedy ubrania są ze sobą spójne, dobre jakościowo i przemyślane, to zaczynają się ze sobą naturalnie „układać”.
To właśnie ograniczenie ilości pozwala bardziej świadomie łączyć elementy i odkrywać nowe zestawienia. Zamiast gonić za trendami, można skupić się na sobie – na tym, co naprawdę się lubi, co się sprawdza, co daje komfort.
A żeby się nie wypalić? Myślę, że najważniejsze jest, żeby kapsuła była zbudowana na własnych potrzebach i rytmie życia, a nie na narzuconych zasadach. Można ją uzupełniać sezonowo, dodawać nowe akcenty, kolory, faktury – ale zawsze z myślą o tym, co naprawdę ma sens. Nie chodzi o sztywne ramy, tylko o uważność i spójność.
Minimalizm zdecydowanie towarzyszy mi na co dzień – nie tylko w modzie, ale też w domu, codziennych nawykach i podejściu do zakupów. Nasza przestrzeń jest jasna, spokojna, bez nadmiaru rzeczy.
Jeśli chodzi o zakupy, to są one u mnie bardzo rzadkie i przemyślane. Głównie kupuję dodatki – częściej buty, które potrzebne są też do stylizacji czy nagrań. Ale nie mam w sobie potrzeby ciągłego kupowania.
Podobnie jest z kosmetykami – mam jedną markę pielęgnacyjną, której jestem wierna, i to mi wystarcza. W makijażu też jestem minimalistką – zazwyczaj się nie maluję, a jeśli już, to bardzo delikatnie, bez eksperymentów. Mam kilka sprawdzonych produktów, które po prostu działają – i nie czuję potrzeby szukania dalej.
Minimalizm daje mi spokój. To nie jest ograniczenie – to świadomy wybór. Dzięki niemu nie żałuję swoich decyzji i nie mam poczucia przesytu. Po prostu wiem, co mi służy – i to mi wystarcza.
W mojej szafie od lat są praktycznie wyłącznie rzeczy Bombshe. Zostały mi dosłownie dwie pary jeansów Levis i jedna kurtka puchowa – poza tym wszystkie ubrania to nasze projekty. I to nie z założenia czy przekory, tylko dlatego, że to są rzeczy, które naprawdę mi służą – są w 100% użytkowe, pasują do mojego stylu życia, są wygodne i trwałe.
Dodatkowo, muszę testować nowe materiały, konstrukcje, kroje – więc fizycznie nie miałabym już przestrzeni na coś więcej. To, co tworzę, jest jednocześnie tym, w czym chodzę na co dzień.
Jeśli chodzi o dodatki, to w torebkach mam właściwie same polskie marki – 99% to lokalne brandy, które bardzo cenię. W przypadku butów jest różnie – tu częściej coś się zmienia, zwłaszcza pod kątem sesji zdjęciowych czy nagrań. Ale również tu staram się wybierać rzeczy rozsądnie i z myślą o dłuższym użytkowaniu.
Pomysł męskiej odnogi Bombshe jest z nami już od lat – i zdecydowanie nie mówimy „nie”. Marcin od dawna nosi rzeczy szyte w naszej szwalni – t-shirty, longsleeve’y, spodnie dresowe – i to już właściwie jego codzienna baza. Więc można powiedzieć, że prototypy już istnieją… i są testowane w praktyce.
Od kilku lat mamy tę linię męską „w głowie”, ale póki co po prostu brakuje nam zasobów, żeby realnie ruszyć z tematem. Pracujemy w bardzo kameralnym składzie, szyjemy lokalnie, a rekrutacja do szwalni trwa u nas niemal nieprzerwanie od ponad roku. We Wrocławiu rynek dobrych krawcowych jest naprawdę trudny – a nie chcemy iść na kompromisy jakościowe.
Dlatego na ten moment priorytetem jest utrzymanie i rozwój kolekcji damskiej, ale męska linia zdecydowanie jest w planach. Potrzebujemy tylko odpowiedniego momentu i zasobów, żeby podejść do tego tak, jak lubimy – mądrze, spokojnie i w zgodzie z naszym rytmem.
Nie traktujemy Bombshe jako „sukcesu” w takim klasycznym sensie. To po prostu nasza codzienność, nasze życie – coś, co budujemy od podstaw z wielkim zaangażowaniem. Oczywiście, momenty, kiedy widzimy klientki w naszych ubraniach, kiedy ktoś nas oznaczy, wrzuci stylizację albo odezwie się na grupie – są dla nas wzruszające. To wtedy dopiero naprawdę do nas dociera, że to się dzieje. Że ktoś wybrał nas, że nasze ubrania stały się częścią jego życia. To ogromna duma i wzruszenie – nie sukces mierzony liczbami, tylko relacją, zaufaniem.
Ale oczywiście, jest też druga strona. Żeby zbudować to miejsce, z wielu rzeczy musieliśmy zrezygnować. Ja na przykład nigdy nie miałam szansy przeżyć macierzyństwa w taki sposób, jak moje koleżanki. Gdy urodził się nasz syn, dosłownie jeszcze na sali porodowej wrzucałam posty, bo wtedy nie mieliśmy zespołu ani nikogo do pomocy. To były momenty ogromnego stresu, przeciążenia, braku snu – naprawdę trudne emocjonalnie. I takich momentów było wiele.
Z Marcinem na tygodniowych wakacjach byliśmy tylko raz – dziesięć lat temu, jeszcze jako narzeczeni. Nie dlatego, że nie chcemy, ale dlatego, że cały czas inwestujemy w rozwój marki, zespół, kierunki. Staramy się nadrabiać krótkimi wypadami, które naprawdę dają nam dużo – czasem dwa dni „z dala” znaczy tyle, co dwa tygodnie na Zanzibarze.
Czuję też niedosyt w relacjach – ze znajomymi, z bliskimi. Mam świadomość, że wiele spotkań przepadło, że dorosłość i tempo życia zrobiły swoje. Ale też wiem, że to coś, nad czym musimy zacząć bardziej świadomie pracować – żeby nie zgubić siebie w tym wszystkim.
Dla mnie największym wyzwaniem jest „wyłączanie się”. Nawet gdy fizycznie odpoczywam, głowa wciąż pracuje – myślę o postach, o tym, co trzeba nagrać, co przygotować. Tęsknię za totalnym lenistwem – takim, gdzie nic nie trzeba, gdzie można naprawdę być tu i teraz, bez wyrzutów sumienia. To mój cel – nauczyć się odpoczywać i nie myśleć ciągle o pracy.
Ale absolutnie nie czuję żalu. To wszystko, mimo trudności, jest naszym wyborem i także ogromnym szczęściem. I choć bywa ciężko, to wiemy, że nie tylko przedsiębiorcy tak mają – osoby pracujące na etatach też mierzą się z różnymi wyzwaniami. Po prostu życie nie jest zawsze kolorowe i proste, a równowaga to coś, o co trzeba stale się troszczyć.
Uważam, że nie da się dziś mówić o jednym wzorcu „profesjonalnego wizerunku”. Na szczęście coraz częściej odchodzimy od sztywnych ram i pozwalamy sobie – jako kobiety – na wyrażanie siebie także w sferze zawodowej. Dla mnie profesjonalizm to nie garnitur, tylko spójność. Styl, który jest autentyczny, niewymuszony i zgodny z tym, kim jesteśmy.
Myślę, że wiele Polek bardzo świadomie buduje swój wizerunek – zarówno w mediach społecznościowych, jak i offline. Oczywiście, trendów nie da się całkowicie uniknąć, ale to nie musi być nic złego – ważne, żeby nie zatracić siebie i nie stylizować się tylko pod presję „bycia na czasie”.
Jestem ogromną zwolenniczką stylu, który wspiera, nie przebiera. Który daje siłę i pewność siebie, zamiast ją przykrywać. Dlatego zawsze będę za tym, by kobiety – także w biznesie – ubierały się w sposób, który jest ich przedłużeniem, a nie przebraniem. Styl może być osobisty, a jednocześnie bardzo profesjonalny – i to właśnie wtedy działa najlepiej.