Więcej kosmetyków nie zawsze oznacza lepszą pielęgnację. Czasem oznacza po prostu więcej chaosu. Katarzyna Śliwka, magister kosmetologii, certyfikowana dietoterapeutka i coach, nie pozwala, by chwilowe trendy przesłaniały to, co w pracy ze skórą najważniejsze – poznanie jej specyfiki i spojrzenie na nią w szerszym kontekście. „Każda skóra ma inne potrzeby, inną kondycję, inną historię, poziom wrażliwości czy tolerancję na składniki aktywne” – przekonuje. Ta rozmowa nie dotyczy jednak wyłącznie pielęgnacji skóry. Kasia komentuje również kwestie zawodowe i biznesowe, pokazując, że prawdziwa marka osobista zaczyna mieć wartość wtedy, gdy jest nie tylko wizerunkiem, ale staje się przedłużeniem tego, kim jesteśmy zawodowo.
Katarzyna Śliwka: Najczęściej słyszę od swoich klientek nie tylko o samych zmianach skórnych, ale przede wszystkim o dyskomforcie, który im towarzyszy. Wiele kobiet ma poczucie, że musi nieustannie kontrolować swój wygląd i ukrywać skórę pod makijażem. Słyszę: „Nie wyjdę bez podkładu”, „Nie lubię, kiedy ktoś patrzy na moją skórę”, „Nie czuję się dobrze bez makijażu”. Czasem nawet aktywności, które powinny być przyjemnością – siłownia, basen, wyjazd czy spontaniczne spotkanie – wiążą się z pytaniem: jak ja będę wyglądać i czy ktoś zobaczy moją skórę?
I właśnie tutaj zaczyna się ta druga, często pomijana strona problemów skórnych. Skóra może wpływać na samoocenę, pewność siebie, relacje i codzienne decyzje. Kobieta zaczyna unikać zdjęć, sytuacji, w których trzeba zmyć makijaż, albo rezygnuje z aktywności, bo nie chce pokazać się bez „warstwy ochronnej”. Dlatego w pracy ze skórą problematyczną nie skupiam się wyłącznie na tym, co nałożyć na skórę. Ważne jest również to, co dzieje się w głowie. Chcę, żeby kobieta odzyskała poczucie, że jej życie nie musi być podporządkowane temu, jak wygląda jej skóra danego dnia. Bo celem nie zawsze jest perfekcyjna skóra. Czasem pierwszym krokiem jest odzyskanie swobody: wyjście z domu bez makijażu, pójście na basen czy zrobienie sobie zdjęcia bez zastanawiania się, czy ktoś zobaczy niedoskonałości. Zdrowa relacja ze swoją skórą jest równie ważna jak sama pielęgnacja.
Bardzo często problemem jest niedopasowana pielęgnacja. Żyjemy w czasach, w których mamy dostęp do ogromnej ilości informacji, porad i rekomendacji dotyczących skóry. To oczywiście może być ogromną wartością, ale jednocześnie łatwo się w tym wszystkim pogubić. Szczególnie że bardzo często sięgamy po produkty polecane przez osoby, które nie mają wykształcenia z zakresu kosmetologii, fizjologii skóry czy dermatologii. A przecież to, co świetnie sprawdza się u jednej osoby, nie oznacza, że będzie odpowiednie dla innej. Każda skóra ma inne potrzeby, inną kondycję, historię, poziom wrażliwości i tolerancję na składniki aktywne. Dlatego zamiast kopiować cudzą rutynę, warto najpierw zrozumieć, czego naprawdę potrzebuje nasza skóra.
Niedopasowana pielęgnacja może nie tylko nie przynieść efektów, ale również nasilać problemy skórne. W efekcie kupujemy kolejne produkty, wydajemy coraz więcej pieniędzy, a później połowa kosmetyków ląduje w koszu. Dlatego zawsze powtarzam: nie potrzebujemy więcej kosmetyków. Potrzebujemy lepiej dopasowanej pielęgnacji. A kiedy mimo właściwej pielęgnacji problem nadal się utrzymuje, wtedy rzeczywiście warto spojrzeć szerzej. Sen, stres, sposób odżywiania, gospodarka hormonalna, przyjmowane leki czy inne czynniki związane ze stylem życia mogą mieć znaczenie. I właśnie dlatego w swojej pracy łączę kosmetologię z dietoterapią i coachingiem – żeby nie zatrzymywać się wyłącznie na tym, co widać na powierzchni skóry.
Już trochę zaczęłam o tym mówić przy poprzednim pytaniu, bo maksymalizm produktowy jest dziś jednym z bardzo częstych problemów, z którymi spotykam się w gabinecie. Mamy coraz więcej kosmetyków, coraz więcej składników aktywnych i coraz więcej rekomendacji. W efekcie wiele kobiet buduje pielęgnację z kilkunastu produktów, często bez świadomości, czy rzeczywiście są im wszystkie potrzebne i czy można je ze sobą łączyć. A ja bardzo często obserwuję, że najlepsza pielęgnacja to wcale nie ta najbardziej rozbudowana, tylko ta najlepiej dopasowana. Dlatego jestem zdecydowaną zwolenniczką minimalizmu produktowego – ale nie minimalizmu rozumianego jako „używaj trzech kosmetyków i będzie dobrze”. Chodzi o świadomy minimalizm, czyli wybór produktów odpowiadających aktualnym potrzebom skóry, zamiast dokładania kolejnych tylko dlatego, że są modne albo ktoś je polecił.
W gabinecie bardzo często widzę skutki przekombinowanej pielęgnacji: podrażnienie, przesuszenie, nadreaktywność, pogorszenie zmian trądzikowych czy zaburzenie komfortu skóry. I wtedy pierwszym krokiem nie zawsze jest dołożenie kolejnego produktu. Czasami trzeba właśnie odjąć.
Dlatego uważam, że dobra pielęgnacja zaczyna się nie od pytania: „Co jeszcze mogę kupić?”, ale od pytania: „Czego moja skóra naprawdę potrzebuje?”. I tutaj ogromną rolę odgrywa doświadczenie kosmetologa, który potrafi spojrzeć na skórę całościowo i dobrać pielęgnację do jej aktualnego stanu, a nie do tego, co akurat jest viralem.
Nie patrzę na kosmetologię i medycynę estetyczną jak na konkurencję. Wręcz przeciwnie – uważam, że najlepsze efekty daje ich mądre połączenie. W swojej pracy od lat współpracuję z lekarzami różnych specjalizacji i obserwuję, jak bardzo te dwa obszary mogą się wzajemnie uzupełniać. Każdy z nich ma swoje możliwości, swoje narzędzia i swoje miejsce w procesie dbania o skórę.
Medycyna estetyczna często daje efekt szybciej i bardziej spektakularnie widoczny. Kosmetologia natomiast bardzo często działa w sposób bardziej procesowy – poprzez odpowiednią pielęgnację, regenerację i stymulację skóry. Efekt nie zawsze pojawia się od razu, ponieważ skóra potrzebuje czasu, aby odpowiedzieć na bodziec i uruchomić naturalne procesy regeneracyjne. Dlatego nie powiedziałabym, że kosmetologia ma „konkurować” z medycyną estetyczną. Ona ma ją uzupełniać.
Wierzę w świadomą terapię, w której kosmetolog i lekarz współpracują, wymieniają się wiedzą i patrzą na pacjenta jako całość. Sama od lat pracuję w takim modelu i właśnie w tym kierunku chcę rozwijać swoją praktykę. Bo celem nie powinno być pytanie: „Kosmetolog czy lekarz?”, tylko: „Czego w tym momencie potrzebuje moja skóra i który specjalista może najlepiej jej pomóc?”.
Nie, moim zdaniem nie istnieje coś takiego jak idealna skóra – i dobrze, żebyśmy przestały do niej za wszelką cenę dążyć. Nawet skóra, która na co dzień jest zdrowa i zadbana, może w pewnym momencie zareagować. Pojedyncze niedoskonałości, przesuszenie, zaczerwienienie czy pogorszenie jej kondycji mogą pojawić się pod wpływem stresu, niewyspania, zmian hormonalnych, sposobu odżywiania, podróży, zmiany klimatu czy po prostu różnych sytuacji życiowych. Skóra nie jest stała. Ona reaguje na nasze życie. Dlatego zamiast dążyć do tego, żeby nigdy nie pojawiła się żadna niedoskonałość, warto nauczyć się obserwować swoją skórę i rozumieć jej potrzeby. Czasami potrzebuje intensywnej terapii, a czasami po prostu odpoczynku i regeneracji.
W swojej pracy bardzo często powtarzam kobietom, że celem nie powinno być osiągnięcie skóry „bez żadnej skazy”. Celem jest zdrowa, dobrze funkcjonująca skóra i dobra relacja z własnym wyglądem. I to jest dla mnie dużo ważniejsze niż pogoń za perfekcją, którą tak często widzimy w mediach społecznościowych.
Gdybym mogła zabrać ze sobą tylko trzy kosmetyki, zdecydowanie postawiłabym na dobry żel oczyszczający, krem nawilżający i SPF. Żel oczyszczający to dla mnie absolutna podstawa. Oczyszczanie jest jednym z najważniejszych etapów pielęgnacji – jeśli nie mam dobrze oczyszczonej skóry, po prostu nie czuję się komfortowo, żeby położyć się spać. Niezależnie od tego, gdzie jestem, tego etapu nie pomijam. Drugi kosmetyk to krem nawilżający, bo prawidłowe nawilżenie i wsparcie bariery hydrolipidowej są niezwykle ważne dla kondycji skóry. I oczywiście SPF, bez którego nie wyobrażam sobie w żadnej podróży. Ochrona przeciwsłoneczna to dla mnie nie tylko element pielęgnacji przeciwstarzeniowej, ale przede wszystkim codzienna ochrona skóry przed szkodliwym działaniem promieniowania UV. A gdybym mogła przemycić do walizki jeszcze jeden produkt, byłby to… tusz do rzęs 😊 Na co dzień nie robię mocnego makijażu i właściwie właśnie tyle wystarczy mi, żeby czuć się dobrze i wyglądać świeżo.
Czyli moja walizkowa filozofia jest prosta: czysta, nawilżona i chroniona skóra – plus tusz do rzęs i mogę ruszać w świat.
Tak, zdecydowanie. I myślę, że właśnie doświadczenie ostatnich 14 lat bardzo mocno zmieniło moje spojrzenie na skórę problematyczną.
Kiedy zaczynałam pracę, trądzik był często traktowany przede wszystkim jako problem, który trzeba wyciszyć lub zlikwidować. Skupialiśmy się głównie na tym, co dzieje się na powierzchni skóry. Znacznie rzadziej zadawaliśmy pytania: „Dlaczego ten problem się pojawił?”, „Co dzieje się w organizmie?”, „Jak wygląda dieta, sen, poziom stresu, styl życia?”.
Dzisiaj wiem, że sama skóra bardzo często jest tylko częścią większej układanki. Oczywiście pielęgnacja, odpowiednio dobrane zabiegi czy leczenie są niezwykle ważne, ale coraz większą uwagę zwracam również na czynniki, które mogą wpływać na kondycję skóry – sposób odżywiania, regenerację, stres, codzienne nawyki czy nasze zachowania związane z pielęgnacją. I właśnie dlatego powstał mój e-book „Trądzik wieku dojrzałego”. Chciałam zebrać w jednym miejscu to, czego sama nauczyłam się przez lata pracy – że skuteczna terapia skóry problematycznej nie zawsze zaczyna się i nie kończy na kosmetyku.
Moje podejście zdecydowanie ewoluowało. Dzisiaj nie chcę tylko „wyciszać” objawów. Chcę przede wszystkim zrozumieć, skąd się bierze problem, i razem z kobietą znaleźć sposób na długofalową zmianę. I chyba właśnie to jest największa różnica między moim podejściem sprzed 14 lat a tym, jak pracuję dzisiaj: mniej skupiam się na walce ze skórą, a bardziej na jej zrozumieniu.
Zdecydowanie tak. Pracuję w zawodzie już 14 lat i mogłoby się wydawać, że po takim czasie człowiek zna już większość odpowiedzi. A ja mam wręcz odwrotnie – im więcej wiem, tym bardziej widzę, ile jeszcze przede mną. W kosmetologii, podobnie jak w medycynie czy innych wymagających zawodach, nie możemy zatrzymać się na wiedzy, którą zdobyliśmy kilka czy kilkanaście lat temu. Pojawiają się nowe technologie, składniki, protokoły zabiegowe, nowe badania i zupełnie inne spojrzenie na funkcjonowanie skóry.
Dostaję sporo pytań o to, czy prowadzę szkolenia dla kosmetologów. Myślałam o tym bardzo długo, ale właśnie dlatego, że mam ogromny szacunek do odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże, nie chciałam robić tego tylko dlatego, że „wypada” po pewnym czasie zacząć szkolić innych. Uważam, że doświadczenie jest bardzo ważne, ale samo doświadczenie nie wystarczy. Potrzebna jest również pokora i świadomość, że nigdy nie będziemy wiedzieć wszystkiego.
Dlatego cały czas się uczę, sprawdzam, czytam, uczestniczę w szkoleniach i konfrontuję swoją wiedzę z nowymi doniesieniami. I myślę, że właśnie to jest największą wartością w zawodzie – nie to, ile lat jesteśmy w branży, ale czy po tych latach nadal mamy w sobie ciekawość i gotowość, żeby powiedzieć: „Tego jeszcze nie wiem. Chcę to sprawdzić.” Bo dla mnie rozwój zawodowy nie ma daty końcowej. Dopóki pracuję ze skórą drugiego człowieka, dopóty mam obowiązek się rozwijać.
Konkurencja w branży beauty rzeczywiście jest ogromna, ale nauczyłam się, że budowanie marki osobistej nie powinno zaczynać się od patrzenia na konkurencję. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby wiedzieć, kim jestem jako specjalistka, jakie mam doświadczenie, jakie wartości są dla mnie ważne i przede wszystkim – jak chcę pracować z drugim człowiekiem.
Wiele lat temu moja była szefowa powiedziała mi coś, co bardzo zapadło mi w pamięć: „Na świecie jest tak dużo ludzi, że każdy znajdzie swoich klientów”. I bardzo mocno się tego trzymam. Nie ma dwóch takich samych osób. Możemy mieć podobne wykształcenie, korzystać z tych samych technologii czy wykonywać podobne zabiegi, ale nie mamy takiego samego doświadczenia, sposobu myślenia, podejścia do klienta ani historii zawodowej. Dlatego nie wierzę w budowanie marki poprzez ciągłe porównywanie się z innymi. Zamiast zastanawiać się: „Co robi konkurencja i co mogę zrobić lepiej?”, wolę pytać: „Co ja mam do powiedzenia? Co jest moje? Jakiej wartości mogę dostarczyć swoim odbiorcom?”
Silna marka osobista powstaje wtedy, kiedy przestajemy próbować być podobni do innych i zaczynamy być konsekwentnie sobą. To właśnie autentyczność, doświadczenie, wiedza i własny sposób pracy sprawiają, że przyciągamy osoby, które czują, że właśnie z nami chcą pracować.
I chyba właśnie dlatego nie boję się konkurencji. Wierzę, że każdy specjalista może znaleźć swoich ludzi – pod warunkiem, że ma odwagę pokazać, kim naprawdę jest.
To był dla mnie zdecydowanie proces i chyba nadal nim jest. Jednym z największych wyzwań było przepracowanie lęku przed tym, co pomyślą inni. W głowie bardzo często pojawiały się pytania: „Co ktoś pomyśli o tym nagraniu?”, „Czy ktoś nie uzna, że za dużo pokazuję?”, „Czy znowu nie zostanę wrzucona do worka z influencerami, którzy polecają wszystko, co dostaną?”. Przez długi czas bardzo mocno się tym przejmowałam. A później zrozumiałam, że jeśli chcę budować markę osobistą jako specjalistka, to przede wszystkim muszę być spójna ze sobą i z tym, w co zawodowo wierzę.
Nie chcę tworzyć treści tylko po to, żeby coś sprzedać czy zarabiać w internecie. Oczywiście współprace z markami są częścią mojej działalności, ale dla mnie najważniejsza jest wiarygodność. Jeśli coś pokazuję lub polecam, chcę mieć poczucie, że stoi za tym moja wiedza, doświadczenie i przekonanie, że może to być wartościowe dla moich odbiorców.
Co ciekawe, internet nie jest dziś dla mnie przede wszystkim miejscem zarabiania. Traktuję go bardziej jako przestrzeń do dzielenia się wiedzą i docierania do kobiet, do których nie dotarłabym wyłącznie przez gabinet. Musiałam więc przestać zastanawiać się, czy wszystkim spodoba się to, co robię, i zacząć pytać siebie: „Czy to, co przekazuję, jest zgodne ze mną?”. I kiedy odpowiedź brzmi „tak”, opinia innych przestaje mieć aż taką siłę.
Dzisiaj chcę być postrzegana przede wszystkim jako wiarygodna specjalistka, która dzieli się wiedzą, doświadczeniem i swoim spojrzeniem na skórę, a nie jako osoba, która poleca produkty tylko dlatego, że są modne czy że ktoś jej je przesłał. Myślę, że właśnie wtedy marka osobista zaczyna mieć prawdziwą wartość – kiedy nie jest tylko wizerunkiem, ale jest przedłużeniem tego, kim jesteśmy zawodowo.
Zawodowo chciałabym w końcu podjąć decyzję i zrobić ten krok, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie – zacząć szkolić innych kosmetologów. Myślę o tym już od dawna i czuję, że dojrzewam do tego, żeby podzielić się swoim doświadczeniem, wiedzą i tym, czego nauczyło mnie 14 lat pracy.
Biznesowo jestem również w trakcie realizacji kolejnego dużego marzenia – piszę książkę, która ukaże się nakładem wydawnictwa lekarskiego. To jest dla mnie naprawdę wyjątkowy projekt, trochę takie moje zawodowe „dziecko”, które właśnie powstaje. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym zdążyła ze wszystkim na czas i żeby efekt końcowy był taki, jak sobie wymarzyłam.
A jako kobieta? Chcę przede wszystkim niczego nie odkładać na później. Jestem szczęśliwą kobietą i naprawdę mocno wierzę w to, że zamiast ciągle koncentrować się na tym, czego nam brakuje, warto zauważać i doceniać to, co już mamy.
Chcę też powiedzieć kobietom jedną rzecz: nie bójcie się realizować siebie. Nie czekajcie na moment, w którym wszyscy Was zaakceptują, ktoś da Wam pozwolenie albo przestaniecie przejmować się opinią innych. Taki moment może nigdy nie nadejść.
Wokół nas jest mnóstwo osób, które bardzo głośno mówią o sobie, swojej pewności siebie i swoich sukcesach. Ja coraz bardziej doceniam coś zupełnie innego – autentyczność, pokorę i odwagę, żeby być sobą.
Nie musimy być najgłośniejsze. Nie musimy być idealne. Nie musimy nikomu niczego udowadniać. Wystarczy, że będziemy konsekwentnie robić swoje, rozwijać się, spełniać własne marzenia i iść do przodu. Bo życie jest naprawdę za krótkie, żeby przeżyć je według oczekiwań innych ludzi.