Szerokiej publiczności dała się poznać w programach „Sąd Rodzinny” oraz „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, gdzie jako adwokat przybliżała widzom praktyczny wymiar prawa oraz specyfikę pracy w tym zawodzie. Jednak za medialną rozpoznawalnością stoi przede wszystkim wieloletnia praktyka w obszarze prawa rodzinnego i opiekuńczego oraz setki historii kobiet, którym towarzyszyła w najtrudniejszych momentach życia. Magdalena Grześkowiak o pracy, która wykracza daleko poza przepisy i procedury.
Magdalena Grześkowiak: Wybieram „adwokat”. I robię to zupełnie świadomie. Wiem, że feminatywy są ważne i rozumiem kobiety, które je wybierają – szanuję to. Ale ja od początku swojej drogi w zawodzie używam formy „adwokat” i nie zamierzam tego zmieniać. Po prostu czuję, że w sądzie, w pismach procesowych i w kontakcie z klientami ta forma daje mi większą siłę i autorytet.
Pamiętam, jak na początku wykonywania zawodu, jedna z klientek powiedziała mi: „Pani mecenas, ja chcę, żeby mój były się bał, a nie żeby mi współczuł”. I wtedy zrozumiałam, że czasem forma „adwokat” działa lepiej niż „adwokatka” – brzmi bardziej neutralnie i profesjonalnie. Nie walczę z językiem. Po prostu wybrałam swoją wersję.
To nie była żadna bohaterska decyzja. To była po prostu konieczność. Miałam sprawę, w której od wyniku zależało bezpieczeństwo dziecka – nie mogłam jej odłożyć. Wróciłam więc na salę z jeszcze świeżymi wspomnieniami porodu i z telefonem, na który co chwilę pisał mąż „dziecko śpi, wszystko OK”.
Praca dla mnie to mieszanka pasji i ogromnej odpowiedzialności. Kocham strategię, walkę o sprawiedliwość i moment, kiedy udaje się pomóc komuś wyjść z bardzo ciemnego miejsca. Ale tożsamością? Nie do końca. Na pierwszym miejscu zawsze jest rodzina. Praca daje mi sens i poczucie, że robię coś ważnego, ale to rodzina jest moim prawdziwym gruntem. Bez niej nie miałabym siły wchodzić codziennie w czyjeś dramaty.
To przede wszystkim kwestia natury. Empatii nie da się nauczyć na aplikacji ani na żadnym szkoleniu. Albo się ją ma, albo nie. Ja od zawsze czułam w sobie tę wewnętrzną wrażliwość na cudze cierpienie.
Pamiętam sprawę kobiety, która przez 12 lat była niszczona psychicznie przez męża. Na pierwszej rozmowie ledwo mówiła, cały czas przepraszała, że „zabiera mi czas”. Siedziałam z nią prawie trzy godziny. Nie pisałam wtedy notatek – po prostu słuchałam. Na końcu powiedziała: „Pierwszy raz ktoś mnie wysłuchał do końca”. To nie było profesjonalne podejście z podręcznika. To było po prostu bycie człowiekiem. Doświadczenie nauczyło mnie tylko, jak tę empatię mądrze dawkować, żeby samej nie utonąć.
Tak, i to regularnie. Zaskakuje mnie ludzka pomysłowość w zadawaniu bólu. Bywały sprawy, w których ktoś wymyślał takie historie, że nawet ja, po tylu latach, otwierałam szeroko oczy. Ale zaskakuje mnie też coś zupełnie przeciwnego – siła niektórych kobiet.
Pamiętam klientkę, która po rozwodzie z orzeczeniem winy męża i po walce o dzieci została dosłownie z niczym. Zero pieniędzy, zero mieszkania, zero wsparcia rodziny. Dziś ma własną małą firmę, dzieci chodzą do dobrych szkół, a ona śpi spokojnie. To właśnie te historie sprawiają, że mimo wszystko wciąż wierzę w sens tej pracy.
Dobry prawnik zna prawo. Wybitny zna człowieka. Najważniejsze jest połączenie kilku rzeczy: wiedzy, inteligencji emocjonalnej, odwagi cywilnej i umiejętności strategicznego myślenia. Ale jest jeszcze coś, co odróżnia naprawdę wybitnych – pokora. Bo nawet najlepszy adwokat przegrywa sprawy. I wtedy trzeba umieć powiedzieć klientowi prawdę, a nie sprzedawać mu złudne nadzieje. Ja nauczyłam się tego boleśnie – na własnych błędach. I to właśnie te porażki uczyniły mnie lepszą.
Niestety nadal więcej jest rywalizacji. Oczywiście zdarzają się piękne gesty solidarności – znam prawniczki, które naprawdę wspierają się nawzajem. Ale w codziennej praktyce dużo częściej spotykam ostrą, bezwzględną walkę o klientki, o pozycję, o uznanie. Szczególnie w sprawach rozwodowych. Czasem mam wrażenie, że niektóre kobiety w togach walczą ze sobą zacieklej niż z przeciwnikiem procesowym. Solidarność istnieje, ale wciąż jest raczej wyjątkiem niż regułą. Szkoda.
Tak, powiedziałabym „tak”. I to bez wahania. Telewizja daje ogromny zasięg – dociera do kobiet, które nigdy nie pójdą do kancelarii, bo się boją, wstydzą albo nie wiedzą, jakie mają prawa. Dzięki takim programom setki, a może tysiące kobiet zrozumiały, że przemoc psychiczna i ekonomiczna też jest przemocą.
Oczywiście realna sala sądowa jest najważniejsza, ale nie rezygnuję z narzędzi, które pozwalają dotrzeć do szerszej publiczności. Gdyby projekt był rzetelny i dawał przestrzeń na prawdziwe historie – nie powiedziałabym „nie”. Edukacja prawna w Polsce nadal jest potrzebna na każdym poziomie.
Coraz częściej tak. Jeszcze 10–15 lat temu większość klientek przychodziła z postawą „jakoś to będzie” albo „muszę wytrzymać dla dzieci”. Dziś coraz więcej kobiet mówi wprost: „Chcę odzyskać siebie”, „Chcę przestać się bać”, „Chcę, żeby moje dzieci widziały, że mama ma granice”.
Pamiętam klientkę, która po pierwszym spotkaniu powiedziała: „Ja nie chcę już tylko przeżyć. Ja chcę żyć”. To zdanie do dziś mam w głowie. Widzę wyraźny wzrost świadomości – kobiety coraz lepiej znają swoje prawa i coraz rzadziej godzą się na toksyczne układy. To ogromna zmiana i ogromna odpowiedzialność dla nas, adwokatów.
Nagrody są miłe i dają poczucie, że to, co robię, ma sens. Ale prawdziwym paliwem są zawsze historie klientek. Kiedy kobieta po wygranej sprawie pisze mi: „Dziękuję, że pomogła mi Pani wstać”, to jest największa nagroda. Prawdziwą satysfakcję daje mi to, że ktoś dzięki mnie śpi spokojniej, ma dzieci przy sobie albo odzyskuje poczucie własnej wartości. To jest paliwo, które działa na lata.
Najważniejszy jest dla mnie czas z rodziną – taki prawdziwy, bez telefonów i bez ciągłego analizowania cudzych dramatów.
Prywatnie Magdalena potrzebuje po prostu być – bez togi, bez oczekiwań i bez presji bycia tą niezniszczalną mecenas, która zawsze wszystko ogarnia, zawsze jest silna i zawsze ma plan. Bo prawda jest taka, że nawet najmocniejsza kobieta czasem potrzebuje po prostu usiąść, pobyć w ciszy i nie być dla nikogo „tą, która wszystko załatwi”.
To nie jest luksus. To warunek przetrwania.