Wszystko ma swój czas – praca na etacie, macierzyństwo i ten moment, w którym decydujesz się zawalczyć o siebie i własną wizję życia. Monika Frydrych, po latach spędzonych w korporacyjnych strukturach, stworzyła pierwszą polską luksusową markę do pielęgnacji włosów – LUÃRE. Nie była to decyzja podjęta z dnia na dzień. Przygotowywała się do niej długo i kompleksowo. Gdzie dziś jest LUÃRE i jakie plany rozwoju ma jej założycielka? Kobieta, dla której sukces to coś więcej niż tylko liczby czy wynik…
Monika Frydrych: Odkąd tylko trafiłam do branży kosmetycznej wiedziałam, że to „moje miejsce”. Uczyłam się od najlepszych, pracowałam przy globalnych projektach, prowadziłam zespoły – najpierw w Polsce, później w regionie. To była ogromna szkoła.
Ale z czasem pojawiło się we mnie uczucie, że nie przynależę do korporacyjnego świata. Uwielbiałam to, co robię, ale struktura korporacyjna – ta ilość spotkań, procedur, godzin, które traciło się na „bycie” na callu, a niekoniecznie na działanie – szybko zaczęła mnie uwierać. Brakowało mi sprawczości, przestrzeni na eksperyment, intuicję. Czułam też, że choć pracuję przy pięknych markach, to nie tworzę niczego, co naprawdę byłoby moje.
I wtedy zrozumiałam paradoks – potrzebuję więcej kontroli, ale i więcej wolności. W korporacji wspinasz się po drabinie, ale nie zawsze masz wpływ na kierunek. I przyszedł u mnie taki moment, kiedy chciałam mieć możliwość decydowania o każdym kroku i też gotowość, żeby ponosić za te decyzje pełną odpowiedzialność.
Poza tym, chciałam więcej obecności w życiu moich dzieci, które były przecież jeszcze malutkie. Gdy odchodziłam z Zalando, miały 3 i 5 lat. Pracując w dużej firmie – nawet zdalnie – nie miałam przestrzeni na to, żeby odebrać syna o 14.00 i pójść z nim do parku i na lody. Wiedziałam, że tylko zmiana „na swoje” sprawi, że będzie to możliwe.
Czuję ogromną wdzięczność. Nie byłoby LUÃRE bez tej drogi, którą przeszłam. Ta praca nauczyła mnie uważności na detal, myślenia strategicznego, pracy z briefem, podwykonawcami, dużymi zespołami. Poznałam od środka mechanizmy i strategie największych brandów i retailerów – i to dziś procentuje. Poza wiedzą, zdobyłam też relacje. Mój network w dużej mierze zbudował się właśnie wtedy.
To zawsze jest miks. Można mieć świetny plan i wiedzę, ale jeśli nie jesteś gotowa psychicznie na niepewność, samotność decyzji i ryzyko, to nie uniesiesz tego. Można być też gotowym i „z pomysłem”, ale bez środków i to też nie jest najlepsze połączenie, bo niesie ze sobą ogromną presję.
W moim przypadku wszystko złożyło się w jeden moment. Miałam doświadczenie i silne poczucie, że to jest ta chwila, że dam radę. Ale nie chcę też budować narracji, że to była tylko decyzja „z serca”. Przygotowywałam się do tego bardzo długo. Półtora roku, może dwa lata przed samym odejściem. Finansowo, strategicznie, operacyjnie. Budowałam poduszkę finansową, która uniesie zarówno inwestycję w markę, jak i naszą rodzinną codzienność. Chciałam też, żeby moment odejścia z pracy etatowej był już początkiem czegoś konkretnego a nie dopiero „planem”. U mnie ta przestrzeń między etatem a własną marką to było 11 miesięcy – prawie rok pełnego skupienia i fokusu tylko na budowaniu LUÃRE. Zawsze polecam, żeby ten odstęp był jak najmniejszy i jak najlepiej zaplanowany, bo wtedy jest najbezpieczniej. Natomiast w moim przypadku wiedziałam, że pracując na etacie, nie będę mieć tyle przestrzeni na kreatywność i innowacyjność. Dlatego postanowiłam odejść.
Wiele kobiet jest dziś zmęczonych nadmiarem – produktów, kroków, obietnic. LUÃRE powstało jako odpowiedź na to zmęczenie. „Mniej, ale lepiej” to dla mnie nie slogan, ale bardzo realna potrzeba. Myślę, że to nie tylko trend, ale oznaka dojrzałości. Chcemy, żeby nasze wybory były zgodne z tym, kim jesteśmy – a nie z tym, co podpowiada nam internetowy algorytm. I widzę to zarówno u dojrzałych kobiet, jak i u bardzo młodych klientek LUÃRE, które również są niezwykle świadome i selektywne w swoich wyborach.
Z grzebienia The Coastal Comb. Wydawałoby się – tak prosty przedmiot, a jednak udało nam się stworzyć coś naprawdę wyjątkowego i przemienić zwykłą czynność czesania włosów w przyjemny rytuał. Od designu inspirowanego wydmami utworzonymi przez wiatr, przez materiał – szylkret pozyskiwany z kwiatów bawełny i roślinnej celulozy – po samą manufakturę, która jest najlepszą firmą produkującą grzebienie na świecie.
Współpraca z nimi nie była łatwa, ponieważ początkowo byli bardzo sceptyczni – produkują grzebienie m.in. dla Celine czy koncernu LVMH a nie dla małych, nieznanych jeszcze marek. Powiedzieli mi, że nie mają miejsca na nowych klientów do końca 2025 roku, a wówczas był początek 2023. Przekonanie ich do współpracy wymagało ode mnie wiele uporu i jednej niezapowiedzianej wizyty, ale opłaciło się – zakochali się w mojej koncepcji grzebienia i nawet powiedzieli, że przez 70 lat nikt nie przyszedł do nich z czymś tak bardzo nowym i świeżym. Dziś The Coastal Comb zdobi ich gablotę ulubionych projektów na przestrzeni ostatnich 70 lat.
A to nie koniec ulubieńców. Już wkrótce – na przełomie września i października – pojawi się szczotka. Tworzona przez dwa lata, budowana na bazie 60 najlepszych szczotek świata, zaprojektowana wspólnie ze szwajcarskimi i włoskimi rzemieślnikami, których tradycje w wyrobie szczotek sięgają 7 pokoleń. To będzie bardzo wyjątkowy na rynku przedmiot i mam nadzieję, że kolejny krok milowy dla marki.
Chciałabym, żeby to spotkanie było chwilą spokoju, piękna, uważności. Żeby nie było zakupem, a prawdziwym zakupowym doświadczeniem. Zależy mi, by już sam kontakt z produktem mówił: „to coś wyjątkowego”. Tłoczone kartoniki, satynowa butelka, wyjątkowy zapach przywodzący w myślach bardziej niszowe perfumy niż klasyczny szampon – u nas wszystko ma znaczenie. Chodzi o to, by dotknąć zmysłów i zostać w pamięci – tej emocjonalnej i tej sensorycznej. I tego właśnie życzyłabym sobie, myśląc o fizycznym kontakcie klienta z marką.
Tak – ale nie w znaczeniu masowej i mocno szerokiej ekspansji. Interesuje mnie selektywna obecność: butikowe sklepy, piękne hotele, przestrzenie, gdzie ważna jest jakość i doświadczenie, sieci, które stawiają na wyjątkową selekcję. Już dziś jesteśmy obecni na kilku rynkach europejskich – m.in. we Włoszech, Niemczech, Szwajcarii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i na Malcie. Rozmawiamy z kolejnymi partnerami, a w 2026 roku planujemy otwarcie na Bliski Wschód.
Czuję ogromną radość i czułość wobec tej wersji siebie sprzed roku, która – mimo wielu wątpliwości – jednak się odważyła. Launch LUÃRE był momentem dużego napięcia, bo wszystko powstawało bardzo kameralnie i w zasadzie trochę w tajemnicy, ponieważ wiedziałam, jak mocno konkurencyjny jest to rynek i jak szybko pojawiają się „adaptacje”. Poza mną i kilkoma bliskimi osobami nikt wcześniej nie widział tej marki. Nikt nie oceniał finalnych opakowań, designu, konceptu, języka, jaki budowałam wokół LUÃRE. Nie stała też za mną żadna korporacja z ogromnymi budżetami ani żaden inwestor. Nie pracowałam z żadnym ogromnym biurem brandingowym, agencją marketingową czy kreatywną – wszystko powstawało wyłącznie w mojej głowie i potem za pomocą doświadczonych osób zostało przelewane na projekt czy fizyczny produkt. Dlatego te pierwsze opinie – zarówno od klientek, jak i ekspertów – mają dla mnie naprawdę ogromną wartość i odbieram je bardzo personalnie. To nie jest tylko dowód na to, że produkty działają. To także uznanie dla całej pracy włożonej w każdy detal – od idei, przez receptury, aż po najmniejszy niuans opakowania czy komunikacji. To są chwile, które zostają w pamięci i które łagodzą całe to zmęczenie, stres, wszystkie momenty zwątpienia. I tak, czuję wtedy dumę – nie tylko jako founderka, ale po prostu jako kobieta, która dała sobie prawo, by spróbować. I która nie wycofała się, nawet gdy było trudno. To daje mi dużą siłę.
Tak. Jedna z trudniejszych sytuacji wydarzyła się kilka miesięcy przed planowanym launchem. Włoski producent opakowań, z którym pracowałam od miesięcy, dosłownie w ostatniej chwili się wycofał – bo „pojawił się większy klient” a „fabryka jedzie na urlop”. Mieliśmy gotowe projekty, badania stabilności, zabukowaną kolejkę w drukarni… i wszystko runęło. Z dnia na dzień musiałam znaleźć nowego partnera, który nie tylko dowiezie design i jakość, ale też przyjmie małą ilość produkcyjną. To był ogromny stres – i finalnie launch przesunął się niestety z września na grudzień, który nie jest najlepszym miesiącem na start marki. Ale ta sytuacja nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego: zawsze mieć plan B. I nie polegać na jednej opcji czy jednym dostawcy.
Zdecydowanie tak. Najważniejszym punktem odniesienia jest dla mnie rodzina. Moi synowie są osią, wokół której organizuję swój czas, pracę i decyzje – nie tylko te prywatne, ale też zawodowe. To właśnie oni byli jednym z głównych powodów, dla których postanowiłam odejść z korporacji. Chciałam być bliżej, mieć więcej przestrzeni na bycie naprawdę obecną mamą – to było dla mnie szalenie ważne.
Drugą wartością, która prowadzi mnie od lat, jest uważność w relacjach, w projektach, w komunikacji. I choć tempo życia bywa intensywne, staram się pamiętać, że czasem warto się zatrzymać. To z resztą właśnie z takiej pauzy – z przestrzeni na refleksję, intuicję i świadomy wybór – narodziło się LUÃRE, a filozofia uważności i prostoty jest wpisana w DNA marki. Myślę, że właśnie dlatego LUÃRE tak silnie rezonuje z kobietami – bo to nie tylko pielęgnacja, ale też zaproszenie do bycia bliżej siebie.