Olivia Drost - CEO oLIVE media w czerwonym garniturze
Blog Olivia Drost: Imperium nie buduje się na chwilowym trendzie [WYWIAD]

Olivia Drost: Imperium nie buduje się na chwilowym trendzie [WYWIAD]

Zaczynała jako dziennikarka biznesowa, dziś stoi na czele jednej z najszybciej rozwijających się agencji komunikacyjnych w Polsce. Tworzy kampanie dla największych graczy na rynku, udowadniając, że skuteczna komunikacja zaczyna się od strategii, a nie od hałasu. Olivia Drost, CEO oLIVE media, w rozmowie o biznesie i technologii, doświadczeniach, które kształtowały jej zawodowe ambicje, oraz o życiu bez wyraźnej granicy między pracą a prywatnością.

Justyna Kaczmarczyk: Rok 2016… Mija właśnie dziesięć lat od momentu, kiedy zostałaś nagrodzona w prestiżowym konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, nazywanym „polskim Pulitzerem”. Co więcej, nie była to jedyna nagroda dziennikarska w Twoim dorobku. W momencie, gdy wiele osób kontynuowałoby tę drogę, Ty zdecydowałaś się ją porzucić. Dlaczego?

Olivia Drost: To prawda, nagrody – czy ta od SDP, czy od TVN i Polska Press, były dla mnie ogromnym wyróżnieniem i momentem, w którym poczułam, że osiągnęłam w dziennikarstwie to, o czym marzyłam, zaczynając tę drogę. Te wyróżnienia dały mi ogromne poczucie spełnienia, ale paradoksalnie – to właśnie w momencie największego sukcesu najłatwiej o chłodną kalkulację i pytanie: „Co dalej? Gdzie jest mój sufit za kolejne 5 czy 10 lat?”. Zdecydowałam się więc na zwrot akcji, natomiast moja decyzja nie wynikała z chęci porzucenia dziennikarstwa, a z fascynacji zupełnie nową perspektywą.

Podczas studiów magisterskich z zarządzania mediami na London School of Economics zaczęłam patrzeć na komunikację globalnie. Pisanie artykułów i przeprowadzanie wywiadów przestało mi wystarczać. Zaciekawiło i przyciągnęło mnie to, co dzieje się „za kulisami” – tworzenie długofalowych strategii, architektura informacji i zarządzanie wizerunkiem na masową skalę. Zrozumiałam, że w PR i marketingu mogę wykorzystać swój warsztat do budowania czegoś większego od podstaw.

Z drugiej strony, zauważyłam, że redakcje z natury mają bardzo płaską strukturę. Często na awans menedżerski czeka się tam dekadami, a stanowisko naczelnego czy szefa teamu bywa zablokowane przez lata przez jedną, bardzo zasłużoną osobę. Jako młoda, ambitna osoba, perspektywę czekania 10 lat na realny wpływ na zarządzanie zespołem uważałam za mało optymistyczną. Branża PR i marketingu oferowała zupełnie inną dynamikę, szybsze możliwości awansu, realne wejście w świat biznesu i – mówiąc wprost – znacznie większe możliwości finansowe.

Po trzecie, te pytania w mojej głowie pojawiały się w okresie, w którym krajobraz medialny zaczął się gwałtownie drzeć na strzępy. Tradycyjne media traciły monopol na uwagę. Zasięgi influencerów zaczynały dorównywać nakładom największych dzienników, a obecność marek w social mediach stawała się nowym standardem. Zrozumiałam, że jeśli chcę mieć realny wpływ na to, jak ludzie będą konsumować treści za kilka lat, muszę stać po stronie tych, którzy tę nową rzeczywistość kreują, a nie tylko ją opisują.

Odejście z dziennikarstwa w momencie pasma sukcesów wymagało odwagi oraz zrzucenia pewnego „statusu” i tożsamości, do której byłam przyzwyczajona. Jednak nie porzuciłam swoich umiejętności – po prostu przeniosłam swój dziennikarski upór, intuicję i warsztat na “drugą stronę”.

W influencer marketing weszłaś z przytupem! W zupełnie nowej na rynku agencji od influencer marketingu objęłaś rolę partnerki zarządzającej i uczyniłaś ją jedną z najmocniejszych w branży, z obrotami od 0 zł do 30 mln zł w 4 lata. Jaka była największa lekcja strategiczna, którą wyniosłaś z tamtego etapu kariery?

Moja największa lekcja to chyba wszystko, co stoi za kulisami skalowania biznesu od zera do kilkudziesięciu milionów. Zrozumiałam, że taki sukces to nie kwestia szczęścia, tylko bezwzględnej eliminacji chaosu i wyczucia momentu. Że imperium nie buduje się na chwilowym trendzie, a na solidnej strukturze, poukładanych procesach i ludziach, którym można zaufać.

Dla mnie osobiście to była olbrzymia lekcja rozwoju menedżerskiego. Przy tak dynamicznym wzroście łatwo wpaść w  pułapkę “robienia wszystkiego”. Wydaje ci się wtedy, że nikt nie ugasi pożaru lepiej niż ty, że nikt nie domknie negocjacji tak sprawnie, a bycie liderem oznacza dostępność 24/7. Nauczona tym doświadczeniem, dziś wiem, że prawdziwa wolność strategiczna CEO zaczyna się tam, gdzie kończy się mikrozarządzanie, a zaczyna budowanie samodzielnych, dojrzałych struktur.

Sprawiasz wrażenie osoby odważnej i zdeterminowanej. Zastanawiam się, czy był w Twoim życiu jakiś przełomowy moment lub doświadczenie, które utwierdziło Cię w przekonaniu, że warto ryzykować i iść po swoje – że wszystko jest możliwe?

Ten moment nastąpił w 2017 roku. Wróciłam wtedy do Polski z rocznego stypendium na indonezyjskiej Jawie, a na półce leżała teczka z certyfikatem przyjęcia na London School of Economics, jeden z najlepszych uniwersytetów na świecie. Po roku spędzonym za granicą nie chciałam już nigdzie wyjeżdżać. Pamiętam spotkanie z człowiekiem z mojej branży, który próbował przemówić mi do rozsądku. Gdy powiedziałam mu, że samo czesne to ponad sto tysięcy złotych i po prostu mnie na to nie stać, odpowiedział z uśmiechem, że na moim miejscu “sprzedałby nerkę”, żeby nie zmarnować takiej szansy.

Potrzebowałam około 200 tysięcy złotych na czesne i życie w Londynie. W tamtych czasach to była dla mnie kosmiczna kwota. Przełom nastąpił 15 sierpnia, zaledwie miesiąc przed rozpoczęciem roku akademickiego. Siedziałam w Warszawie, pracując na dwa etaty, by zaoszczędzić jak najwięcej. Jednak choć traciłam wiarę to nie motywację – posłuchałam rady kolegi z Oxfordu, otworzyłam listę stu najbogatszych Polaków Forbesa i zaczęłam pisać do wszystkich, których mogła zainteresować moja historia. Wysłałam łącznie ponad trzysta pięćdziesiąt maili, listów i wiadomości do korporacji, instytucji i biznesmenów. Zaledwie około 30 z nich odpisało… że trzyma kciuki, ale nie pomoże. W końcu stał się ten upragniony cud, kiedy jeden z przedsiębiorców z listy Forbesa zaprosił mnie na spotkanie. Po godzinnej rozmowie, przy kawie w Charlotte na Placu Grzybowskim podjął decyzję, że sfinansuje moje marzenie. Gdy zapytałam, czy to pożyczka, czy mam te pieniądze odpracować i jakie niesie to ze sobą zobowiązania, usłyszałam, że moim jedynym zobowiązaniem jest skończyć te studia i rozwijać się w tym, w czym jestem najlepsza. Ten człowiek, który pragnął pozostać całkowicie anonimowy, dosłownie odmienił moje życie, a ja zrealizowałam to zobowiązanie, kończąc LSE z wyróżnieniem za pracę magisterską. Ta historia utwierdziła mnie w przekonaniu, że jedyną rzeczą, która stoi między nami a naszymi największymi celami, jest strach przed odmową i brak determinacji, bo jeśli masz odwagę zapukać do trzystu pięćdziesięciu drzwi, to któreś z nich w końcu się otworzą.

Estee Lauder powiedziała kiedyś: „Nigdy nie marzyłam o sukcesie, pracowałam na niego”. To zdanie bardzo pasuje do Twojej drogi… W ogóle tak sobie myślę, że gdyby powstawał jakiś program o kobiecym przywództwie, Twoja historia powinna być jego częścią. Zgłosiłabym Cię! 😉 Ale skupiając się na dziś – jakimi wartościami lub podejściem „nasyciłaś” swój biznes i które z nich towarzyszą Ci do dziś?

Haha, dzięki, jak powstanie, to przyjmuję zaproszenie 😉 Gdybym miała wskazać wartości, którymi bezkompromisowo nasyciłam oLIVE media i które stanowią mój absolutny kompas, na pierwszym miejscu postawiłabym obsesję na punkcie jakości obsługi klienta i prędkość działania, która dziś stanowi naszą największą przewagę konkurencyjną. Absolutną podstawą jest u mnie także równość i transparentność wynagrodzeń. Często obserwuję w dużych korporacjach głośne inicjatywy zmierzające do wyrównywania płac kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach. My nigdy nie musieliśmy takich reform przeprowadzać, bo od początku mamy w sobie te wartości. Nie patrzymy na lidera przez pryzmat płci, tylko kompetencji, talentu i doświadczenia.

Czy zdarzyło Ci się odmówić współpracy, mimo że biznesowo wszystko się zgadzało, ale intuicja mówiła, że to nie jest kierunek dla Ciebie i Twojego zespołu?

Wielokrotnie. I uważam, że umiejętność mówienia „nie” przy stole, na którym leżą duże pieniądze, to najwyższy stopień dojrzałości biznesowej. Kiedy twój biznes rośnie o 86% rok do roku, łatwo wpaść w iluzję, że każdy przychód jest dobry. Moja perspektywa zmieniła się diametralnie, gdy zrozumiałam, że toksyczny lub skrajnie chaotyczny klient kosztuje organizację potrójnie: zabiera czas operacyjny, blokuje przestrzeń na pozyskiwanie prestiżowych partnerów, a przede wszystkim – dewastuje energię zespołu.

Mieliśmy klienta o mobbingowej charakterystyce, który wysyłał maile i SMSy pełne wykrzykników w godzinach nocnych, mimo że na projekcie nie było żadnego kryzysu. Zdarzył się też klient – prezes bardzo dużej polskiej spółki – który do obsługującej go specjalistki potrafił powiedzieć “ma pani bardzo seksowny głos” a na prośbę o szybki akcept odpisywał “a jak mi się pani odwdzięczy?”. Nie ma mojej zgody na taką komunikację w biznesie. Rentowność finansowa bez rentowności emocjonalnej na dłuższą metę niszczy każdą firmę.

Odmawiałam także wówczas, gdy produkt lub usługa klienta rozmijały się z moją osobistą etyką – ostatnią taką sytuacją były podgrzewacze tytoniowe – marka już na poziomie briefu próbowała ominąć zakazy prawne w Polsce. Ogromny budżet.

Dziękuję, że otworzyłaś się na ten temat. To pokazuje jak dużą wagę przykładasz do świadomego i odpowiedzialnego przywództwa. Przechodząc do codziennej, operacyjnej pracy – na ile komunikaty, strategie, analizy tworzone przy pomocy AI można dziś uznać jeszcze za PR, a na ile stają się automatyzacją komunikacji i odejściem od jej jakościowego, relacyjnego wymiaru? Jaka jest Twoja recepta na dobry PR w dobie AI?

Jeśli czyjś PR polegał wyłącznie na masowym wysyłaniu nudnych informacji prasowych i bezdusznym klepaniu raportów, to AI rzeczywiście zamieniło go w tanią automatyzację. I dobrze.

Narzędzia AI potrafią dziś błyskawicznie przekopać gigabajty danych, zrobić research, stworzyć precyzyjną matrycę strategiczną czy napisać poprawny draft. Ale to wciąż jest tylko – i aż – rzemiosło. Prawdziwy public relations zaczyna się tam, gdzie kończą się możliwości algorytmu: na styku ludzkich emocji, intuicji, zaufania i autentycznych relacji. AI nie pójdzie na kawę z kluczowym dziennikarzem, nie wyczuje niuansów kryzysu wizerunkowego na zamkniętym spotkaniu zarządu i nie ma „nosa” do tego, co w danym momencie poruszy ludzkie serca. Public relations to przede wszystkim RELATIONS.

AI to genialny asystent, ale fatalny szef i jeszcze gorszy rzecznik prasowy. Wygrają te marki, które zaprzęgną sztuczną inteligencję do nudnej i powtarzalnej pracy analitycznej, a uwolniony w ten sposób czas i energię zainwestują w to, co algorytmom wymyka się najbardziej: w bezkompromisową jakość, unikalny charakter i głębokie, ludzkie relacje.

Skoro mówimy o relacjach – w jakim kierunku rozwija się dziś influencer marketing? Odbiorcy są już raczej zmęczeni nadmiarem treści sponsorowanych... Czy któryś z typów okazuje się dziś najbardziej skuteczny – influencerzy, mikroinfluencerzy, a może twórcy UGC?

Era bezrefleksyjnego kupowania wszystkiego, co poleci ładna pani z Instagrama, bezpowrotnie minęła. Konsumenci wyrobili sobie potężny filtr na tak zwany “hashtag reklama”. Wygrywa dziś ten, kto potrafi zbudować realne zaufanie, a układ sił na rynku mocno się spolaryzował. Topowi influencerzy przestali być tablicami reklamowymi, a stali się mediami samymi w sobie. Ich skuteczność nie leży już w zasięgu, ale w społeczności, która traktuje ich jak dobrych znajomych. Z kolei mikroinfluencerzy trzymają się mocno, bo bazują na niszowej, zaangażowanej i lojalnej widowni. Są jak kumpel z pracy, który poleca ci sprawdzony sprzęt – to działa, bo wierzymy w ich autentyczną ekspertyzę. Twórcy UGC to z kolei najpotężniejsza broń w e-commerce. Dlaczego? Bo konsumenci szukają społecznego dowodu słuszności, a nie wyreżyserowanych reklam. Chcemy widzieć prawdziwego człowieka, w jego prawdziwym, nieidealnym mieszkaniu, pokazującego, jak dany produkt działa w realnym życiu. Nie ma więc jednego, „magicznego” typu twórcy. Skuteczność leży w inteligentnym miksowaniu tych trzech światów w ramach jednego lejka sprzedażowego. Topowi influencerzy budują świadomość marki, mikroinfluencerzy domykają zaufanie, a twórcy UGC generują twardą konwersję sprzedażową.

Z perspektywy własnej lub agencyjnej – jakie kanały komunikacji najlepiej służą dziś kobietom, które chcą budować wizerunek liderki bądź ekspertki?

Wiele zależy od branży, ale patrząc przez pryzmat kanałów, które sprawdzają się najlepiej powiedziałabym: LinkedIn połączony z silnymi, jakościowymi mediami (PR-em). To właśnie ten duet generuje dziś najsilniejszą dźwignię biznesową. Nowoczesny PR i media relations wciąż pozostają bezkonkurencyjne, jeśli chodzi o budowanie autorytetu, prestiżu i instytucjonalnego zaufania. Kiedy twój komentarz ekspercki pojawia się w kluczowych mediach biznesowych, nie kupujesz po prostu zasięgu – kupujesz legitymację swojej wiedzy i najwyższą rynkową wiarygodność, której nie da się zdobyć żadną płatną reklamą. Na LinkedInie z kolei rozwijasz codzienne relacje, bezpośredni dialog z rynkiem i budowanie szerokiej, ale precyzyjnie skrojonej rozpoznawalności wśród partnerów biznesowych, inwestorów czy topowych talentów. Gdy te dwa kanały działają, pojawia się idealna przestrzeń na domknięcie tego ekosystemu własnymi kanałami. To jest ten moment, kiedy warto uruchomić autorski podcast czy ekspercki newsletter, ponieważ to one pozwalają przejąć pełną kontrolę nad swoją społecznością, uniezależnić się od kaprysów algorytmów i budować z najwierniejszymi odbiorcami głęboką, intymną relację long-form.

oLIVE media zyskuje rozgłos – od wyróżnienia w rankingu „Forbes Polska” w gronie najszybciej rosnących firm usługowych po liczne nagrody branżowe. Czy oprócz wzlotów są również upadki?

Oczywiście, praktycznie w każdym tygodniu! Każdy, kto twierdzi, że w biznesie usługowym przechodzi od sukcesu do sukcesu bez potknięć, po prostu mija się z prawdą albo nigdy nie budował niczego na dużą skalę. Kiedy rośniesz geometrycznie, nagle okazuje się, że struktury, procesy i mechanizmy, które doskonale sprawdzały się jeszcze pół roku temu, przy nowej skali biznesu zaczynają pękać na twoich oczach. To są te momenty niewidoczne z zewnątrz: nieprzespane noce, nagła konieczność przemodelowania procesów, zarządzanie cashflowem przy skokowym wzroście obrotów czy potężna presja finansowa i jakościowa, by utrzymać bezkompromisową jakość przy rosnącej liczbie klientów. Biznes usługowy w stu procentach opiera się na żywym organizmie – na ludziach, ich emocjach, talentach, ale też zmęczeniu czy mniejszej motywacji.

Co pomaga Ci utrzymać wysoki poziom zawodowy i biznesowy, a jednocześnie nie stracić siebie prywatnie?

Chyba najbardziej świadomość, że nie ma mnie i zawodowej, i prywatnej. Przestałam wierzyć w mit work-life balance i sztuczne rozdzielanie tych dwóch światów. To właśnie ich płynne połączenie daje mi satysfakcję, wolność i ogromną energię do działania. Potrafię wyjechać w piękne miejsce i nie cierpię z powodu tego, że odpisuję na maile czy sprawdzam prezentację przetargową z widokiem na lazurową wodę. Doceniam, że mogę tak żyć i to mnie bardzo motywuje.

Z drugiej strony, żeby funkcjonować na tak wysokich obrotach w biznesie i nie zwariować, traktuję swój czas wolny, regenerację i zdrowie z takimi samymi “KPI-ami” jak życie zawodowe. Uprawiam sport kilka razy w tygodniu, zdrowo się odżywiam, od wielu lat nie jem mięsa, dbam o profilaktykę i regularne badania. Nawet czas dla bliskich mam dość intensywnie zaplanowany – oczywiście, wszystko wrzucone z wyprzedzeniem do kalendarza 😉 

Jeśli przyjąć, że prawdziwe bogactwo to nie to, ile zarabiasz, ale to, kim się przy tym stajesz – jak brzmi Twoja autodefinicja?

Gdybym miała spojrzeć w lustro i zdefiniować siebie przez pryzmat drogi, którą przeszłam, powiedziałabym, że dziś jestem dziewczyną usatysfakcjonowaną (choć lista marzeń cały czas się aktualizuje), sprawczą i bezkompromisowo wierną swoim zasadom. W okolicy swojej trzydziestki, która chyba u wielu kobiet jest takim momentem refleksji, usiadłam z notatnikiem i zapisałam jedno zdanie: jeśli każdy kolejny rok pod kątem zawodowym będzie tak dobry jak poprzedni, to będę szczęśliwa. Ogromny spokój i dużo satysfakcji dało mi dojście do momentu, w którym poczułam, że to co mam, jest już “wystarczające”. To niesamowity komfort. Nie oznacza to wcale, że straciłam motywację do działania – po prostu osiągnęłam już znacznie więcej, niż jeszcze kilka lat temu miałam odwagę marzyć.

Udostępnij wywiad

Zapisz się do newslettera

Będziemy Cię informować, gdy na naszym portalu pojawi się nowa publikacja,
a także o specjalnych ofertach partnerów serwisu.